dwujęzyczność zamierzona
Nauka języków w teorii

Wychowanie dwujęzyczne – skąd te wszystkie obawy?

Jak w temacie: dlaczego w społeczeństwie, w którym większość dorosłych zna przynajmniej jeden język obcy na poziomie pozwalającym na jako tako poprawną komunikację, jest tak mało dzieci dwujęzycznych? Dlaczego tak boimy się dwujęzycznego wychowania i czekamy, aż nauczyciele w przedszkolach i szkołach nauczą nasze dziecko angielskiego? Dlaczego sami uzbrojeni w tę bezcenną umiejętność nie przekazujemy jej naszym dzieciom? Niezmiernie mnie to wciąż i wciąż zadziwia, bo gdy miała przyjść na świat moja córka, wychowanie dwujęzyczne było dla mnie oczywistością. Nie pomysłem, nie fanaberią, ale oczywistością.

Nieraz zastanawiałam się, skąd bierze się u rodziców ten opór. Refleksji naszło mnie kilka, co poskutkowało niniejszym wpisem. Chciałabym wszystkie wątpliwości rozwiać, mam nadzieję, że uda się kilka osób przekonać i zachęcić do wychowywania dzieci w duchu różnorodności językowej.

Powód 1 – nie znam języka dość dobrze, by uczyć dziecko.

Na ten temat napisano wiele, sama też podeszłam do tego zagadnienia ze dwa razy (a tutaj na przykład). Nie trzeba znać języka na poziomie native speakera, żeby wprowadzić dwujęzyczność w swoim domu. Większość z nas mówi jako tako po angielsku i to moim zdaniem wystarczy. Może nie uda się sprawić, że nasz dwu-trzylatek będzie biegły z angielskiego, ale uda się sprawić, że dziecko osłucha się z językiem, nauczy się słówek i prostych zdań. Jest to świetny start do dalszej nauki.

Powód 2 – nasłuchałem się głupot od logopedów.

Opóźnienia w rozwoju mowy, niech się najpierw nauczy dobrze po polsku, po co mieszać w głowie i tym podobne hasła. Z tą mitologią nauka już dawno się rozprawiła, ale kandydaci na psychologów i logopedów wciąż niestety słyszą te mądrości z ust swoich wykładowców.

Powód 3 – nie mogę się zebrać i nie wiem jak zacząć.

Ogólnie jest tak: organizujemy pomoce adekwatne do wieku dziecka (książeczki, bajki, kursy online), planujemy jak często język obcy gości w naszym domu (codziennie, cały czas, we wtorki, w weekendy, jak kto chce) i działamy. Systematycznie! Szczegóły znajdziecie we wcześniejszym moim wpisie. A jak ktoś chce już profesjonalnej porady i indywidualnego poprowadzenia za rękę, to na blogu i stronie FB Bilikid możecie za rozsądne pieniądze zapisać się na kurs „Jak zacząć”. No i zaczynać, nie czekać.

Powód 4 – nie mam czasu.

Ja też nie mam czasu. Czas to mają tylko madki – tipsiary (teraz som chybryyydy!) na ławkach pod mopsem. Moje dziecko wiecznie ode mnie czegoś potrzebuje. Psy ciągle czegoś chcą. Jeść, siku, pobaw się ze mną (dotyczy i dziecka i psów). No i właśnie. Przecież bawimy się ze swoimi dziećmi. Czytamy im książeczki. Pokazujemy świat. To wszystko można robić w obcym języku, nawet na poziomie niezaawansowanym. Zamiast książeczki po polsku, weźmy taką w języku obcym, nawet najprostszą. O kolorach o zwierzątkach, krótkie zdania, słowniczki obrazkowe. „This is a cat” to już każdy słaby maturzysta umie powiedzieć. Czy to jakiś dodatkowy czas? Skąd! To czas, który i tak poświęcamy dziecku. Powtarzam – dwujęzyczność nie oznacza wychowania dziecka mówiącego na poziomie nativa, to się udaje nielicznym. Dwujęzyczność dzieci to ich znajomość języka na różnych poziomach, to nabywanie akcentu, melodyki i nawyków językowych, o które z biegiem czasu będzie trudniej.

Punkt ten oraz punkt pierwszy są moimi wyrzutami sumienia, bo sama zachęcając do dwujęzyczności, nie wprowadziłam do naszego domu angielskiego, który nawet nieźle znam. Z takich właśnie wymienionych tutaj powodów, zbyt duże wydawało mi się to wyzwanie. Straconego czasu już nie odzyskam, ale nie zamierzam tracić go więcej. Mój plan jest taki: kupuję 2-3 łatwe książeczki do czytania w drodze do przedszkola (zamówione, zapłacone i czekam na kuriera) i uczymy się słówek. Na luzie, codziennie po trochę. Jak zaczną się zajęcia z angielskiego w przedszkolu, powtarzamy materiał również w domu (kilka minut dziennie, dosłownie, później się zobaczy). Ważne jest, żeby nie narzucać sobie zbyt dużego tempa, lepiej za mało, niż za dużo. Za dużo oznacza zniechęcenie, presję i w rezultacie porażkę.

Powód 5 – nie mam wsparcia, ani materiałów do nauki.

A tam, nie masz. Materiały? Proszę! To głównie książeczki, gry, kursy online. Do kupienia na Allegro, OLX, na FB Dwujęzyczność grupa sprzedażowa, Libristo, Book Depository i wiele innych sklepów online. Można kupić używane perełki za nieduże pieniądze, lub nóweczki do późniejszej odsprzedaży, jak przestaną być potrzebne.

Wsparcie? Proszę! Oto strony, które inspirują i blogerzy, którzy prowadzą za rękę, krok po kroku:

Bilikid: język angielski, wszystko o dwujęzyczności. Autorka jest pracującą zawodowo mamą dwóch anglojęzycznych już łobuziaków. Znajdziecie tutaj linki do ciekawych stron, propozycje zabaw i wiele ciekawych wpisów z życia wziętych. Tutaj zapiszecie się na kurs „Jak zacząć”. Kurs jest dla wszystkich, nawet dla tych, którzy ledwo co mówią po angielsku. Warte przemyślenia.

Teachyourbaby: autorka tego bloga to również aktywna mama, na chwilę na miejscu nie usiedzi (choć wygląda, jakby tylko odpoczywała). Jej córeczka jest już pięciojęzyczna, podobno nie odebrano jej z tego powodu dzieciństwa. Tutaj fajny link, jak do tego doszło. Wpis ten w zasadzie mnie otrzeźwił, bo skoro można pobawić się w pięć języków, to tym bardziej dam radę z dwoma obcymi. Dużo głupsza nie jestem 🙂 Mocno zmotywowała mnie również do idei czytania globalnego, które od kilku dni praktykujemy z moją córką. Wpis o tym już za rok, nastawiajcie wodę na herbatę 🙂

Mam to na końcu języka: kolejna pracująca mama, oddana dwujęzyczności i edukacji Montessori, którą mnie również powoli zaraża. Można tutaj czytać i czytać i kawki sobie dolewać.

Języki dzieciom: o dziwo, również aktywna zawodowo mama, dzieciaki uczą się trzech języków obcych. Na blogu znajdziecie wszystko o książkach obcojęzycznych, recenzje, propozycje zabaw z dziećmi, linki do ciekawych programów edukacyjnych online.

Niemiecki w przedszkolu: kopalnia wiedzy i pomysłów do aktywności i zabaw z maluchami.

Powód 6 – dwujęzyczność w domu wprowadzają nauczyciele języków, absolwenci lingwistyki i filologii, bo dysponują fachową wiedzą.

Czytając informacje o autorkach wyżej wymienionych blogów, można faktycznie odnieść takie wrażenie. Fakt jest jednak taki, że większość dzieci dwujęzycznych ma normalnych rodziców nie związanych z branżą edukacyjną. Autorki blogów piszą, bo piszą, inni tego nie robią, bo im się nie chce, bo nie umieją lub nie czują takiej potrzeby. Wiąże się to z tym, że nauczyciele i ludzie nauczycielopodobni, do których się zaliczam, mają zawodowe skrzywienie polegające na ogromnej chęci pouczania innych. Lubią dzielić się wiedzą nawet wbrew woli słuchającego. Tacy się urodzili. Studia humanistyczne na dodatek szlifują umiejętność swobodnego pisania i wyrażania myśli, w związku z czym nasze blogi pęcznieją od wpisów nawet, gdy nikt ich nie chce czytać. Fachowa wiedza? Aż dajcie spokój! Znacie język, to uczcie swoje dzieci mówić. Dom to nie szkoła. Bierzecie książeczkę o piesku, czytacie, dajecie buziaka i tyle. Nie rozliczacie dziecka z efektów. Nie każecie powtarzać na głos, a już broń Boże przy cioci, żeby się pochwalić. No chyba, że dziecko samo rwie się do mówienia. A, jak tak, to spoko. Efekty przyjdą w swoim czasie. Rozliczacie jedynie sami siebie z systematyczności i samozaparcia.

Powód 7 – Bąbelek nauczy się języka w przedszkolu.

Sama tak do tego podchodziłam i odszczekuję swoje słowa z podkulonym ogonem. Zarówno ilość godzin językowych, jak i czas poświęcony tylko twojemu dziecku są bardzo ograniczone. Aby dziecko nauczyło się języka, musi mieć z tym językiem jak największą styczność, musi mieć czas na poznawanie słówek, naukę reguł gramatycznych i na samo mówienie. To wszystko oczywiście w formie zabawy. Bawiąc się ze swoim dzieckiem w domu, pomagamy nauczycielowi w pracy, a dziecku pomagamy utrwalić zdobytą wiedzę. Nie zostawiajmy ani dzieci, ani nauczycieli samych na placu boju. Poświęcając kilkanaście minut wieczorkiem na wyliczanki, rymowanki, zabawy paluszkami, w kolory, w kształty itp. budujemy więź z dzieckiem w sposób i mądry i radosny.

Powód 8 – ostatni i chyba tłumaczący najwięcej: wielojęzyczność dzieci w Polsce nie jest normą.

Jesteśmy społeczeństwem niezwykle jednorodnym językowo i kulturowo. Praktycznie nie ma u nas obcokrajowców. Pomijając ośrodki akademickie, na ulicach, w szkołach i urzędach słychać wyłącznie język polski. Stąd większości rodzicom nawet do głowy nie przyjdzie, żeby dziecko wychowywać w otoczeniu wielu języków już od urodzenia. Bo nie jest to w Polsce zjawisko naturalne. W Stanach, w krajach Europy Zachodniej, w Azji – na ulicach słychać wszystkie języki świata, a języków urzędowych jest tam często kilka. Wielojęzyczność u dzieci jest naturalna, normalna i oczywista. Place zabaw, żłobki i przedszkola są kolorowe, bogate językowo i otwarte na inność. Ja i moja córka jesteśmy zazwyczaj źródłem zaskoczenia i zdumienia, bo córka mówi do mnie po niemiecku w absolutnie każdej sytuacji i spontanicznie, czym zwraca na siebie uwagę. Niestety, więcej bratnich dusz mam w tym temacie na fejsie, niż za płotem. Takie są realia.

dwujęzyczność zamierzona

Propagowanie wielojęzycznego wychowania dzieci jest moją osobistą wyprawą krzyżową. Jej celem jest otwieranie dziecięcych umysłów i wydobywanie z dziecka tego, co najlepsze wtedy, kiedy jest na to najlepszy czas. Kiedy dziecku jest najłatwiej i kiedy nie zdaje sobie sprawy z tego, że się uczy. Dziecko w pierwszych kilku latach życia uczy się więcej, niż przez następne kilkadziesiąt lat. Uczy się najcenniejszych i najbardziej przydatnych w życiu umiejętności. Nie życzę mojej córce „świetnej pracy” w korpo. Życzę jej szczęśliwego życia z tym, czego pomogłam jej się nauczyć. Życzę jej dobrego i mądrego wykorzystania swoich umiejętności w zgodzie z jej pasjami i potrzebami. Niech robi ze swoją wiedzą co chce, byleby uczciwie płaciła podatki ciesząc się, że ma z czego płacić.

Przy okazji przepraszam, że tak się uczepiłam tego angielskiego. To tylko z tego powodu, że jest najpopularniejszy i praktycznie każdy coś tam umie powiedzieć. Artykuł ten odnosi się rzecz jasna do wszelkich, nawet najbardziej egzotycznych języków. Zapewniam, że i księgarnie i internet dostarczą rodzicom potrzebnych materiałów edukacyjnych.

Na koniec życzę wszystkim powodzenia. Jak się chce, to nie może się nie udać. To nie loty na Księżyc, każdy może podjąć się wyzwania!

 

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

8 komentarzy

  • Karolina

    Dwujęzyczne wychowanie nie jest mi obce. Mieszkamy w Niemczech. W domu mówimy po polsku, a w przedszkolu, do którego Alex chodził, był tylko język niemiecki. Na razie z kiepskim skutkiem, nie mógł się odnaleźć w przedszkolu. Teraz przed nami kolejna próba z przedszkolem, ale nie poddajemy się i w domu pozostają nam niemieckie bajki i książeczki 😉

  • karolina

    Od dłuższego czasu interesuję się tematem, jako że nie bardzo umiem angielski to wspomagam się ksiązkami i grami dzięki którym sama trochę podszkalam swój warsztat. Czasem też przychodzą z pomocą bajki anglojęzyczne 🙂

  • Malgorzata

    Dwujęzyczność nie jest mi obca i zupełnie nie zgodzę się, że w Polsce nie ma obcokrajowców. W każdym żłóbku, przedszkolu, a teraz szkole, do któej chodzą/chodziły nasze dzieci były dzieci dwujęzyczne.
    Wśród moich znajomych też mamy takie rodziny.

    • MatkaGagatka

      Tak jest zapewne w dużych miastach, proszę nie patrzeć z perspektywy Warszawy. Chociaż w porównaniu z innymi krajami, gdzie dzieci imigrantów stanowią ponad połowę każdej klasy w szkole, to naprawdę nic. Polska jest pod względem etnicznym jednym z najbardziej jednolitych krajów. W miastach nawet dwustutysięcznych ze świecą szukać obcokrajowców, nie mówiąc już o całkowitej prowincji. W skali kraju dwujęzyczność domowa, a więc małych dzieci, to zjawisko marginalne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *