Nauka języków w teorii

Gdy dziecko ogłasza strajk i nie chce być dwujęzyczne, trzeba pokonać je sprytem.

Znajomość języków obcych u dzieci jest nie tylko marzeniem wielu rodziców. W czasach, kiedy cały świat stoi otworem i zaprasza, by go poznawać, umiejętność porozumiewania się ludzi ze sobą jest wręcz miłą koniecznością. Z troską i zaangażowaniem więc stajemy na głowie, żeby nasi milusińscy od najmłodszych lat wzrastali w klimacie dwujęzyczności i wielojęzyczności, kupujemy książeczki, układanki, wspieramy się na forach i serwisach społecznościowych, wymieniamy się doświadczeniem i motywujemy wzajemnie. O ile jednak wdrażamy drugi i trzeci język już na początku życia dziecka, nie stanowi to większego problemu (o tym, jak zaczynałam, pisałam już kiedyś TUTAJ). Dla malucha różnorodność językowa jest wtedy zupełnie naturalna i w swoim czasie dzieciaczek taki zaczyna swobodnie porozumiewać się językami, które mu na tacy świat podaje.
Kiedy jednak próbujemy wprowadzać w obieg drugi lub kolejne języki w życie dziecka kilkuletniego, zdarza się, że pojawiają się trudności. Okazuje się, że przedszkolak ma własne zdanie, nie chce współpracować, tupie małą nóżką i ogłasza strajk. Choćby dwoić się i troić, dziecko nie chce używać języka, którego chcemy go nauczyć. Nie dotyczy to tylko języków obcych. Dzieci rodziców na emigracji skarżą się, że maluchy nie chcą mówić po polsku. Nie i już. Są to oczywiście wyjątki, bo dzieci z natury chętnie podejmują wyzwania i uczą się nowych rzeczy. I tak kręcą się w kółko ci biedni rodzice, łamią sobie głowy: „dlaczego ja mu po polsku, on mi po angielsku, ja mu po szwedzku, on po radziecku?” I nie pomaga ni prośba, ni groźba, ani nawet obietnica nagród wszelkich za jedno tylko słowo w wymarzonym języku wypowiedziane. Mam nadzieję jednak pomóc odrobinę tym strapionym mamom i tatusiom, których dzieciaki są wyjątkowo uparte.

Postanowiłam zebrać do kupy kilka pomysłów na złamanie dziecięcego strajku. Przyczyn takich blokad jest wiele, każde dziecko (i jego sytuacja życiowa i językowa) jest inne. Zachęcam do tego, by spróbować wykorzystać któryś ze sposobów, wybór należy do rodzica. Rodzice znają swoje dzieci najlepiej i wiedzą, co może pomóc rozkręcić ich dziecko językowo.
Należy pamiętać o jednym: dzieci uczą się chętnie tylko wtedy, gdy nauka kojarzy się z zabawą i przyjemnością. Takie są. Nawet, gdy w nauce czegokolwiek, niekoniecznie języka, wymagamy od dziecka jakiejś systematyczności i poświęcenia, nie może to być podlane stresem, przymusem, ani przykrością. Nauka przez zabawę – to znany i osłuchany slogan, ale bardzo, bardzo prawdziwy.

No to po kolei.

Co może być przyczyną uporu dziecka? Najlepiej byłoby wejść do dziecięcej głowy. Niestety zazwyczaj trzeba się tego domyślać. Najczęstsze przyczyny to:

1. Ekonomia i wygodnictwo. Mózg i język ludzki są ekonomiczne. Oznacza to, że nie lubimy się niepotrzebnie męczyć i tracić cennej energii. Lubimy iść na skróty i szukamy najprostszych rozwiązań. Czyli, że co? Czyli, że dziecko nie bardzo ma ochotę na mówienie w języku, w którym sobie nie radzi, skoro może się bez problemu dogadać w innym. Po co się męczyć, zastanawiać, narażać na nieporozumienia, kombinować, skoro do dyspozycji jest język świetnie opanowany, którym można porozumiewać się szybko i łatwo. Wybór dziecka jest oczywisty.

2. Gwałtowna zmiana otoczenia językowego. Tak się dzieje często np. w przedszkolach, kiedy dziecko rzucone na głęboką wodę słyszy wokół rozmowy, których nie rozumie. Dzieci, wychowawczynie, wszyscy mówią w niezrozumiałym dla malucha języku, czegoś chcą, zaczepiają, pytają. Są dzieci, które zmuszone tą sytuacją podejmują wyzwanie i chłoną język jak gąbka. Są też jednak dzieci, które czują się zestresowane, zagubione i przytłoczone zaistniałą sytuacją. A gdy do tego są jeszcze nieśmiałe i niepewne siebie, wtedy prędzej się zablokują, niż rzucą w wir filozoficznych rozmów.

3. Stres i presja ze strony rodziców. Zdarza się i tak. Rodzice zazwyczaj chcą dobrze, czasem jednak nie wychodzi. Gdy dziecko konsekwentnie odmawia używania któregoś z języków (albo zanim jeszcze zacznie się buntować), rodzice zaczynają świadomie lub nieświadomie naciskać, atmosfera robi się nerwowa, dziecko to wyczuwa i blokuje się bardziej. Nauka zaczyna kojarzyć się ze stresem, a to jest najprostsza droga do porażki.

4. Zbyt duże oczekiwania wobec dziecka. Bo powinno już umieć mówić, bo przecież tyle czasu mieszkamy w Holandii, bo ma tak intensywny kontakt z językiem, że już powinien to czy tamto, bo brat jest młodszy, a załapał, a ten jeszcze nie. Pamiętajmy, każde dziecko jest inne, nie ważne, co umie brat. Ze zbyt wysoko postawionej poprzeczki mamy gwarantowany punkt 3. I nieważne jest, że dziecko nierzadko świetnie rozumie język, którego nie chce używać. Od rozumienia do samodzielnego wyrażania myśli jest jeszcze długa droga. Spokojnie, mamo.

5. Brak konsekwencji ze strony rodziców. Tak, jak pisałam, nie wolno wywierać presji, ale trzeba być konsekwentnym. Granica jest delikatna, ale rolą rodziców jest tę granicę rozpoznać. Niechże dzieciak tylko się zorientuje, że rodzicom trochę zależy, a trochę nie, wybierze drogę dla siebie najwygodniejszą. Czasem właśnie z wygody, a czasem ze zwykłej przekory, jak to dzieci.

Nasze rozmówki po angielsku zaczęły się od skubania kwiatków.

I jak tu przekonać, jak zmusić, jak uprosić?

Jest kilka trików, wszystkie oparte na zabawie, luzie i radości z kontaktu z dzieckiem.

1. Bądźmy konsekwentni. Nie warto iść na łatwiznę. Rodzicowi, który chce dziecku przekazać język inny, niż ojczysty, często nie jest łatwo. Łatwiej jest wyrażać emocje i wszelką wiedzę życiową we własnym języku. To oczywiste. Ale jak już podjęliśmy decyzję o wychowaniu dwujęzycznym, to nie zbaczajmy z obranej drogi. Dzieci głupie nie są i świetnie czują emocje rodziców. Skoro rodzice tracą zapał, to czemu dzieci mają być bardziej zdyscyplinowane? Dajmy sami dobry przykład.

2. Nie wstydźmy się mówić w obcym języku poza domem. Moim zdaniem to częsty błąd. Gdy zaczynałam przygodę z dwujęzycznością, miałam opory, by rozmawiać z córką po niemiecku poza domem. Było to dla mnie trochę krępujące i niezręczne, głupio mi było, że się ludzie będą gapić. Więc albo mówiłam po polsku, albo po niemiecku, ale ciszej. Wkrótce zdałam sobie sprawę, że to głupota jakaś. Przecież ani to żaden wstyd, ani tak naprawdę nic niezwykłego. Słyszymy wokół i Romów i Ukraińców, w dużych miastach dodatkowo turystów z całej kuli ziemskiej, wszyscy gaworzą po swojemu i świat się jakoś kręci. Poza tym nie chciałam, żeby córka odniosła wrażenie, że mówienie po niemiecku to coś niestosownego, że trzeba się jakoś z tym „ukrywać”. Jak ma być naturalnie, to mówmy normalnie, naturalnie, głośno. I tak z dnia na dzień zmieniłam podejście. Wszyscy żyją, mają się dobrze, córka bez stresu mówi do mnie po niemiecku absolutnie w każdej sytuacji, a o to mi przecież chodziło.

3. Wprowadźmy dziecko w świat języka. Jak ma swoja ulubiona bajeczkę, niech ogląda ją po angielsku, czy hiszpańsku. Te najpopularniejsze produkcje dostępne są we wszystkich językach świata. W sieci jest mnóstwo piosenek, wyliczanek, zabaw ruchowych, które można podejrzeć, razem posłuchać, pośmiać się przy tym. Niech dziecko przekona się, że ten angielski, niemiecki, czy polski, to nie jest dziwny wymysł mamy, ale że inni na świecie też tym językiem się posługują i że jest to zjawisko całkiem naturalne.

4. Zorganizujmy sobie warsztat językowy. Sprawmy sobie pacynkę, która będzie „mówiła” tylko i wyłącznie w określonym języku. Nie możemy tutaj robić wyjątków. Dziecko musi być przekonane o tym, że z tą śmieszną pacynką nie można porozmawiać inaczej, niż w przypisanym do niej języku. Możemy również kupić zestawy kart, puzzle, książeczki, które również przypisujemy wyłącznie danemu językowi. Niech to będą wyjątkowo atrakcyjne dla dziecka rzeczy, takie, którymi dziecko bardzo chętnie będzie chciało się bawić. Ale hola Kubusiu! Chcesz poukładać te fajne puzelki? Podczas układania rozmawiamy z mamusią tylko tak i tak! Te puzelki rozumieją tylko po czesku!

W kąciku językowym rozmawiamy tylko w określonym języku.

5. Wytyczmy w domu kącik językowy. U nas jest to huśtawka w ogrodzie. Wyszło spontanicznie. Wylegiwałam się pięknym popołudniem na huśtawce, córka brykała wokół, zrywała mi kwiatki z rabatek i niedojrzały agrest, żeby go rozdeptywać i marnować, w końcu przyniosła mi garść takiego zmarnowanego agrestu i drze się: „Ice cream!”. Tak sama z siebie! Dotąd zawsze wywalała na mnie wielkie gały, jak próbowałam wprowadzać angielski. Nie chciała i tyle. A tu masz! Od tej pory, gdy siedzimy na huśtawce, Kasia przynosi mi „lody” w różnych kolorach (lodami jest żwir, zerwane kwiatki, albo liście, możemy prowadzić rozmówki, które słyszała z ulubionych anglojęzycznych piosenek i wyliczanek. Są one krótkie i prościutkie, ale idealne na rozruch. Takim kącikiem językowym u was może być dywanik, mata albo stolik w kącie pokoju. Miejsce, w którym rozmawiamy i bawimy się tylko i wyłącznie w konkretnym języku. Na początku niech to będzie dosłownie parę słówek, krótkie zdania, tak jak u nas. Minutka, dwie, trzy. Jak się dziecko rozkręci, będzie tylko lepiej.

6. Przemycajmy język w codziennym życiu. Codziennie, konsekwentnie, nawet, gdy maluch nie reaguje i nie odpowiada, mówmy do niego w języku, w który chcemy go wciągnąć. Niech to będą ciągle te same, krótkie frazy, bądź słówka. Na przykład: „dziękuję”, „proszę”, „moja mała córeczka!,” „czas do łóżeczka!”. Niech się osłucha, niech się wciąga, niech się uczy rozumieć. Mówmy tak nawet do naszych psów czy kotów: „dooobry piesek!”. Prędzej czy później, dzieciaczek sam zacznie mówić. Jeśli ogląda bajeczki, lub słucha piosenek w tym języku, używajmy tych wyrażeń, które zna z tych bajek. U nas są to już te słynne lody, ale mogą to być kolory, liczby, jakieś machanie łapką „bye, bye!”, które kojarzy z bajki.

7. Stwórzmy świat, do którego dziecko samo będzie chciało wejść. Kupmy jakąś fajną pacynkę, lalkę, albo zwierzaka, siadajmy sobie z tym zwierzakiem tak, żeby dziecko widziało i rozmawiajmy z nim. Rozmawiajmy ze zwierzakiem oglądając książeczkę, śmiejmy się przy tym, róbmy miny. Niech to będą oczywiście jakieś proste dialogi, początki nie mogą być za trudne. Udawajmy przy tym, że nie zwracamy na dzieciaka uwagi. Jak taki strajkujący dzieciak zobaczy, że mama czy tata świetnie się bawią, rozmawiają i śmieją, samo będzie chciało brać w tym udział. Atmosfera tajemnicy działa na dziecko jak magnes. Zawsze tak jest. Dasz dziecku śrubkę, to ją wyrzuci, albo połknie. Niech tylko tata weźmie śrubkę, bo skręca regał, na dodatek nie pozwala bawić się narzędziami, wtedy dziecko nie chce śrubki oddać, bo się nią akurat świetnie bawi. Dzieci mają taką właściwość, że koniecznie muszą brać udział w tym, co robią rodzice. Wykorzystajmy ich słaby punkt.

8. Wybierzmy czas, kiedy dziecko jest w dobrym nastroju. Na nic te wszystkie nasze zabiegi, gdy w domu jest foch. Foch jest gorszy od dżumy. Foch przemienia dziecko w potwora i pozbawia rodziców radości życia. Dobry nastrój, udana drzemka, zrobiona kupa (nie tylko u dziecka 😉 – wszystko to ułatwia kontakt z malcem.

Gdy buty są pełne żwiru, kończy się dobry nastrój i nauka angielskiego…

Oprócz tego, że przyswajanie języka powinno się dziecku dobrze i radośnie kojarzyć, trzeba pamiętać o jednym: na to wszystko trzeba czasu. Każde dziecko jest inne i potrzebuje tego czasu więcej, lub mniej. Nie ma co wywierać presji, niecierpliwić się, przyjdzie taki moment, że dziecko się przełamie i wypowie pierwsze słowo. Po pierwszym wypowie drugie i następne. Aż pojedzie całymi zdaniami i wszyscy będą zadowoleni. Zachęcam wszystkich rodziców do zachęcania dzieci!

Jeśli ten artykuł okazał się ciekawy lub pomocny, kliknij na dzwoneczek, aby być z nowymi wpisami na bieżąco. Będzie mi bardzo miło!

Pozdrawiam!

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

7 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *