Dwujęzyczność w naszym domu

Angielski dla dzieci zaniedbanych. Lekcja pierwsza: tablet w ręku dziecka.

Tablet i komórka w ręku dziecka to dla wielu temat do dyskusji co najmniej. Chciałabym się w tę dyskusję włączyć z perspektywy mamy, której dziecko przyswaja języki obce, oraz z perspektywy mamy, której dziecko musi z różnych powodów choć przez chwilę nie przeszkadzać. Bardzo dobrze wiem, co na temat tabletów, telewizji i komórek sądzi psychologia, pedagogika i społeczność rodziców idealnych. Ja się nawet z argumentacją o destrukcyjnym wpływie tych urządzeń na bezbronne umysły dzieci zgadzam, może nie do końca, ale jednak. Lepiej, żeby dwulatek rysował, ganiał za balonikiem, czytał z mamą książeczki, niż żeby wgapiał się w tablet. Jasna sprawa. Też wolę.
Naprzeciw temu wszystkiemu staje jednak siła moim zdaniem nie do pokonania: rzeczywistość i codzienność. Nasze popołudnia, kiedy musimy zrobić zakupy po pracy, bo soboty szkoda, wyglądają tak: wybiegamy z pracy, po córkę do żłobka, zakupy, musi być szybko, bo chcemy do domu, nie będzie szybko, bo pusta lodówka. Głodni i zmęczeni próbujemy wejść do domu, nie zawsze się udaje od razu, bo rozkochane w nas i stęsknione psy rzucają się na nas, na dziecko, przewracając je na podłogę. Rozglądamy się, fotel wypruty z gąbek, na podłodze paw, bo któryś pies rano zeżarł mysz przywleczoną przez kota i mu zaszkodziła. Psy skaczą, córka wyje, siaty nie wypakowane, głód, nerw, mysia anatomia na podłodze, wyprowadzam się do swojej matki, róbcie co chcecie, na co mi to było. I może mi pani psycholog jedna czy druga opowiedzieć bajkę o tym, że jako matka dwujęzyczna, mogę torby z zakupami wypakowywać razem dzieckiem, poszerzając niemieckie słownictwo o nowe produkty przy okazji i że jest to doskonała okazja do budowania więzi w dzieckiem. Pitu pitu, jawohl. Robimy tak: tata wypakowuje zakupy i wygania psy na podwórko, mama biega ze ścierą i taśmą klejącą, żeby podtrzymać tapicerkę foteli, a co za bardzo zwisa, to się tnie nożyczkami. Póki pies nie urośnie i nie zmądrzeje, nie kupimy nowych mebli. A dziecko? Dostaje parówkę na pierwsze zaspokojenie głodu i tablet, żeby się naświetlać.

Cóż takiego oglądamy z dzieckiem na YouTube?
No więc właśnie, co to dziecko w internecie może lub powinno oglądać. Sprawa niby prosta: coś mądrego, o zwierzątkach, o przyjaźni, piosenki miłe dla ucha i obrazki miłe dla dziecięcych oczu. Takich rzeczy właśnie dla mojej obecnie 2,5 letniej córeczki szukałam, po niemiecku i po angielsku, żeby miała kontakt z językami. Tak szukając, trafiłyśmy (bo oglądamy najczęściej razem) na coś, co wielu uznaje za zbrodnię na dziecięcym umyśle. Mam na myśli piosenki nieambitne, mało ambitne i tym podobne YouTubowe arcydzieła. Na portalach społecznościowych spotkałam się z ogromna krytyką tego typu produkcji: że durnowate, że niczego nie uczy, że własnemu dziecku wszystko, tylko nie to. I tak się zastanawiam, o co tak właściwie to oburzenie? Cóż w chwilach, kiedy zbieram kawałki przeżutej myszy z paneli, mam dziecku w internecie wyszukać? Szekspira w brzmieniu oryginalnym staroangielskim? Pieśń Nibelungów – klasykę niemieckiej literatury? Nawet na słonia Beniamina jest jeszcze za mała, bo długie przegadane historie są jeszcze dla takiego dziecka za trudne i za nudne. Ma być prosto, kolorowo, wesoło i z uśmiechem. W naszym przypadku, dodatkowo po niemiecku i angielsku.

Proste piosenki w nauce angielskiego.
Głupkowate (nie ukrywam – również w moim przekonaniu) pioseneczki mają na moje dziecko bardzo dobry wpływ pod kątem językowym! O ile po niemiecku rozmawiamy swobodnie na co dzień, o tyle po angielsku jeszcze nie. Za duże to dla mnie wyzwanie. Podziwiam rodziców, którzy potrafią się zmobilizować, do uczenia dzieci więcej, niż jednego języka obcego. Autorka bloga Języki Dzieciom dwoi się i troi, żeby dzieci znały angielski, niemiecki i rosyjski. Wykupuje całe księgarnie obcojęzycznych książek i tłucze dzieciom tę wiedzę. Mój wzór niedościgniony. Ja czekam, aż córka pójdzie do przedszkola z angielskim, wtedy będzie mi łatwiej. Będę dziecko i nauczycieli aktywnie wspierać, ucząc córkę również w domu. Zanim to jednak nastąpi, córka ma szansę już teraz osłuchać się języka, brzmienia, melodyki i podłapać trochę słówek. A podłapuje więcej, niż się spodziewałam.
Zaczynałyśmy od piosenek i zabaw, które mi się śnią po nocach: „baby shark”  i „daddy finger”. „Baby shark” wydaje się nie mieć sensu zupełnie, jako że całość można streścić krótko: Baby shark, turu turu turu itd. Zauważyłam jednak, że córka chodzi po domu i nieprowokowana niczym rozwija ten motyw o wszelkie możliwe przedmioty, które mogą być sharkiem, na dodatek jej piosenki są wielojęzyczne. I tak słucham np. Oma shark turu turu turu, Katze shark turu turu turu, ice cream shark turu turu turu.
„Daddy finger” śpiewamy po angielsku i po niemiecku. W wersji niemieckiej brzmi to tak:
„Papa Finger, Papa Finger, wo bist du? Hier bin ich, hier bin ich, wie geht’s dir?“ Bawimy się przy tym lizakami, albo łyżeczkami, zależy co tam dziecku podpasuje.

Poniżej dowód na poparcie mych słów. Oto libretto z opisem: Kasia śpiewa o bohaterach swojej do niedawna ulubionej bajki Dinopociąg, nadrukowanych na poduszce. Są to Mama, Tata, Mała, Gwiazdka, Bratek i Sam. Wyjaśniam tylko po to, żeby ktoś nie myślał sobie, że moja córka bełkocze (moja córka bełkocze tylko wtedy, gdy ma smoczek w gębie). To wszystko ma swój sens. Na koniec bierze się za wycieranie upapranej uprzednio ławy („wischi, wischi, wischi!”).

PREZENTACJA UTWORU

Piosenka „Daddy finger” posłużyła nam nawet do opracowania zabawy, w której uczymy się nazywać emocje i reagować na nie. Pisałam już o tym TUTAJ.

Następnym moim koszmarem, a córki bohaterką jest przedziwna postać z Azji południowo-wschodniej. Ubrana w żółtą ni to piżamę, ni to przebranie kobieta w nieodgadnionym wieku biega, chodzi, skacze i się wygłupia śpiewając przy tym piosenki, często właśnie na melodię „daddy finger”. Śpiewa o wszystkim. Z tych śpiewów moja córka nauczyła się kształtów, kolorów, nazw zwierzątek, owoców i innych różności. Ze zgrozą uświadomiłam sobie, że przyzwyczaiłam się już do tej kobiety, a jej strój zaczyna mnie nawet modowo inspirować. Youtuberskiej społeczności znana jest pod hasłem Johny FamilyShow. Dla odważnych link to tej pani: !!!!

Tego typu YouTuberskie ekscesy popełniają przedstawiciele wszelkich narodowości, widziałam wersje europejskie, azjatyckie i amerykańskie. Co kto lubi.

Oprócz piosenek oglądamy także dziwne filmiki, na których czyjeś ręce bawią się piaskiem kinetycznym, glutami, farbkami, ludzie malują sobie stopy, ręce, tłuką słoiki, przecinają coś, albo bawią się jajkami niespodziankami. Wszystko to w trosce o naukę angielskich słówek. No cóż, to wszystko działa. Moja córka naprawdę dużo się nauczyła. Pomimo, że po angielsku w zasadzie nie rozmawiamy, to czasem sobie podśpiewujemy i naśladujemy te wszystkie zabawy.
W sieci wygląda to tak: proszę bardzo.

Jedną z ulubionych piosenek córki jest „Johnny, Johnny” do obejrzenia TUTAJ . To śpiewamy zawsze przed snem.

A coś bardziej ambitnego?
Na szczęście pożytek przynoszą nam też inne kanały, z których osobiście mogę polecić:
Po angielsku:
Cocomelon, świetne piosenki obrazujące życie codzienne rodziny. Są więc piosenki o myciu zębów, pierwszym dniu w przedszkolu, robieniu siku na nocniku, czyli wszelkie sprawy bliskie wszystkim rodzicom.
Po niemiecku:
Bob der Zug, piosenki, z których uczymy się literek, zwierzątek i wszelkich pożytecznych słówek.
Kinderlieder zum Mitsingen und Bewegen, osobiście uwielbiam, córka do tej pory śpiewa o tym, co musi umyć każde dziecko.

Tak, jak wspomniałam, małe dziecko potrzebuje przekazu krótkiego, radosnego i trochę nawet głupawego z punktu widzenia dorosłych. Wcale nie uważam, żeby Masza i niedźwiedź była mądrzejsza, chociaż bajka jest bardzo popularna. Co robi przedszkolak sam w lesie, bez rodziców, dlaczego przyjaźni się z mrukliwym niedźwiedziem o niepokojącym wyrazie twarzy? Czemu Scooby Doo, aktualna miłość mojego dziecka, miałby być lepszy? Pies, który ledwo co mówi, raczej bełkocze, a na końcu okazuje się, że za potwora ktoś się po prostu przebrał. Myślę, że nie ma co się niepotrzebnie napinać i stawiać sobie za cel proponowanie dziecku do oglądania tylko wielce „wartościowych” rzeczy. Dorośli również nierzadko szukają lekkiej rozrywki, by dać głowie odpocząć. Sama jestem tego przykładem.
Największą korzyścią z tabletu i oglądanych w internecie treści, jest dla mojego dziecka niewątpliwie gotowość do mówienia po angielsku i oswojenie się z tym językiem. Czytam czasem skargi rodziców, że maluch się buntuje i nie chce mówić w tym, czy w innym języku. Myślę, że takie piosenki mogą być jednym ze sposobów na przełamanie się dziecka, szczególnie, gdy ogląda się je razem z rodzicem. Jest to jakiś impuls do wspólnej zabawy. Moja córka zawsze patrzy na mnie trochę zaskoczona, gdy próbuję rozmawiać z nią po angielsku, ale ostatnio zaczęła się przełamywać. Póki co, możliwe są jedynie dialogi, które zna z netu. Naśladujemy więc zabawy paluszkami, kupowanie lodów, dziecko moje umie też odpowiedzieć na pytania o kolory i kształty. Gorąco więc zachęcam do wspólnego oglądania. Tablet oczywiście nie może zastąpić dziecku rodzica, ale używany ze zdrowym rozsądkiem może stanowić świetną pomoc dydaktyczną.

Tak właśnie wygląda tabletowa patologia w moim domu.

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

6 komentarzy

  • Monika Dawidowicz

    Wypowiem się z perspektywy mamy starszego dziecka (6l.), które dostawało tablet, bo życie i codzienność, bo zakupy, inhalacje czy kolejka u lekarza. Gdybym wiedziała, co się z moim synem wydarzy później, to nigdy nawet bym nie spróbowała dać mu tabletu w wieku 2 czy nawet 3 lat. O uzależnienie nietrudno, a czas, który „zyskałaś”, bo dziecko oglądało 3-minutową bajkę mając 1,5 roku, oddasz z nawiązką gdy zaczną się wielogodzinne awantury o to, że tablet trzeba wyłączyć. Wydaje mi się, że jestem nowoczesna, chętnie korzystam z nowych technologii, ale na skórze własnego syna przekonałam się, że dziecko i tablet to może być zgubna mieszanka.

    • MatkaGagatka

      Trudno się z tym nie zgodzić… Zawsze jest ten dylemat, trzeba być czujnym i wiedzieć, kiedy stawiać granice. Staram się być mądra w tym wszystkim. Każdy w końcu chce dla dziecka jak najlepiej.

  • swiat karinki

    Moja córka w wieku 3 lat uczyła się mówić po angielsku i po chińsku dodatkowo bo przecież młode dzieci tak dobrze chłoną języki, aż usłyszeliśmy krytykę z ust logopedy że najpierw powinna dobrze swój ojczysty język opanować zanim będzie się uczyć obcych – i bądź tu mądry

    • MatkaGagatka

      Dzieci mogą się uczyć jednocześnie wielu języków od początku. Nie ma potrzeby czekać, aż nauczy się perfekcyjnie ojczystego, by zaczynać z obcym. Jest dostępnych wiele artykułów na ten temat. Logopedę pozdrawiam.

  • Roksana www.kopanina.pl

    Tia, idealny świat idealnych rodziców. Ja wysiadam z tej kolejki. Staram się, ale nie mam się za idealną. Moje dziecko też ogląda bajki i je parówki. Parówki zwyczajnie lubi i nie jest to podstawa jego żywienia, bo do takiej parówki zawsze życzy sobie zielonego ogórka w ilości większej niż parówka. Dla mnie ok. A co do bajek, to zazwyczaj do pół godziny dziennie i też tak jak Ty, wykorzystujemy ten fakt do nauki u nas akurat angielskiego. Często nawet oglądamy razem i wtedy aktywniej się uczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *