Świat dziecka

Bunt dwulatka i skoki rozwojowe – nie da się przeskoczyć, ale można obejść.

Bunt dwulatka spędza sen z powiek wszystkim rodzicom dwulatków. Aktualnie jestem mamą niespełna 2,5-letniej małej królewny, więc postanowiłam pofilozofować trochę na ten temat. Szczerze mówiąc, kwestia buntu dwulatka, podobnie jak kwestia skoków rozwojowych nie jest dla mnie w pełni ani jasna, ani przekonująca. Nie dlatego, że posiadam jakąś fachową wiedzę sprzeczną z tymi teoriami (które są zapewne poparte jakimiś badaniami). Ja po prostu takich rzeczy albo nie umiem zauważyć, albo już nie wiem co.

Zacznijmy może od skoków rozwojowych. Moje dziecko bywało (i bywa nadal) marudne, płaczliwe, samo nie wiedziało, czego chce, miało kłopoty ze snem. Ja też nie wiedziałam. Ale odbywało się to tak przypadkowo, że trudno było zauważyć w tym działanie jakiegoś skoku. A już zjawiska, że dziecko nagle zapominało czegoś, czego się nauczyło, to już zupełnie nie zauważałam. Taka ze mnie matka.

Bunt dwulatka za to mam już od półtora roku. Zaczął się w wieku mniej więcej dwunastego miesiąca życia i trwa do dziś. Z różnym nasileniem. Według źródeł, taki bunt występuje w okolicy drugich urodzin i trwa kilka tygodni. No więc ja się pytam, jak to w końcu jest?

Jak to wszystko przetrwać? Jak już pisałam w temacie, przeskoczyć się nie da, można jedynie obejść. Jak? Jest tylko jeden na to sposób: trzeba zrozumieć swoje dziecko. I wtedy skądś przychodzi siła, by być cierpliwym i wyrozumiałym.

Jak to u mnie wyglądało, krótko streszczam.

1. Okres niemowlęcy.

Jedyny zidentyfikowany przez nas powód ryków i kwików to nietolerancja laktozy i związane z tym bóle brzuszka (mamy co wspominać, o tym TUTAJ…). Od drugiego miesiąca życia ryki te były już wprawdzie rzadkością, ale ich powody do tej pory nie są nam znane. Dziecko spało raczej dobrze, nie miałam co narzekać. Chyba, że upierdzieliło sobie akurat, żeby mnie budzić o piątej rano do wspólnej zabawy. Niezbyt często na szczęście. Skoków rozwojowych nie odnotowałam.

2. Okres 10-11 miesiąc życia.

Był to prawdziwy horror. Kilka tygodni nocnego armagedonu. Z dnia na dzień moja córka zaczęła co pół godziny, co godzinę budzić się z przeszywającym moją biedną czaszkę wrzaskiem. Rzucała się w łóżeczku, nie dawała się utulić. Przez półtora miesiąca spałam (a właściwie czuwałam) na podłodze obok łóżeczka córki, żeby nie biegać do niej całą noc. Zasypiała spokojnie tylko na rękach, jak już usnęła, to za chwilę szarpała się i budziła i wrzeszczała i mi też chciało się wyć.

Co było tego powodem?

  • trochę na pewno zęby. Wyrastało jej chyba ze cztery na raz. Pomagał tylko środek przeciwbólowy, wszystkie inne sposoby można było sobie darować.

  • Skok rozwojowy? Bladego pojęcia nie mam. Mój pediatra też nie miał. Matka bez pojęcia i lekarz bez pojęcia, szkoda gadać…

  • mała poszła do żłobka. To była dla niej rewolucja. Żłobek znosiła wyśmienicie, szybko się przyzwyczaiła, ale dla tak małej istoty, a dokładnie dla jej wciąż niedojrzałego układu nerwowego to szok. Maluszek – okruszek, a tu naraz tyle nowych wrażeń, bodźców, nowych ludzi! Mózg takie jazdy przetwarza właśnie w nocy podczas snu, musi sobie tę nową rzeczywistość poukładać. Nawet jeśli w ciągu dnia dziecko nie daje po sobie poznać, że czuje się sfrustrowane i zagubione (a tak właśnie jest!), to daje o tym znać w nocy w taki właśnie zabójczy dla rodziców sposób. Moja córeczka potrzebowała około sześciu tygodni, żeby się pozbierać. Po tym czasie wrócił spokój.

3. Okres od około pierwszych urodzin aż do dziś.

Aktualnie trwa u nas ten słynny bunt. Wszystko jest na nie. Pielucha – nie. Brak pieluchy – nie. Wrzask, krzyk, protest. Własne zdanie na każdy temat. Nie codziennie i nie w każdej sytuacji na szczęście. Ale okres, kiedy mogłam sama decydować w sprawach ważnych i nieważnych, zapewne bezpowrotnie minął. Jestem mimo wszystko szczęściarą, że moja córka jest dość nieśmiała w stosunku do obcych, można więc z nią wszędzie pójść, wszystko załatwić. W miejscach publicznych – aniołek. W domu dopiero odsłania swoją prawdziwą upiorną twarz.

Koniecznie musimy uświadomić sobie, przez co musi przebrnąć dziecko, zanim osiągnie stadium w pełni rozumniej i świadomej istoty. Maluch rodzi się z bardzo niewielką wiedzą o świecie. Zna głos swojej mamy oraz szumy i bulgoty z wnętrza jej ciała. Jest tam spokojnie, bezpiecznie i wygodnie, o niczym nie trzeba myśleć. I nagle staje w obliczu wielu wyzwań, chociaż ani wyraźnie nie widzi, ani czasem nie umie porządnie ssać piersi, w domu jest widno i ciągle coś się dzieje, uwiera pieluszka, trzeba kupę zrobić, ktoś rusza, przewija, kąpie. Później dzieje się jeszcze więcej, do dziecka dociera ogrom bodźców różnego rodzaju. Układ nerwowy jest w szoku, jest jeszcze niedojrzały, a mózg pracuje na najwyższych obrotach próbując takie maleństwo przystosować do życia.

Taka jazda trwa kilka lat (tak!). Chodzi przecież nie tylko o przyzwyczajenie się dziecka do otoczenia. Chodzi też o to, że dziecko musi poznać i zrozumieć zasady, jakimi świat się rządzi. A że często są to zasady niezgodne z dziecięcym rozumieniem świata, to mamy oto tak zwany bunt.

Poniższa historia, która to obrazuje, zostanie mi w pamięci do końca życia: na podłodze leżą porozwalane klocki, na podłodze siedzę ja z talerzem jajeczniczki w ręku. Jajeczniczki dla córeczki. Zazwyczaj nie ganiam za nią z jedzeniem, nie chcesz to nie jedz, będziesz takim wypierdkiem jak matka (tak, tak, jestem osobą nikczemnego wzrostu). Ale wtedy jakoś mi zależało. Ona trochę jadła, raczej nie, za to z pasją oddawała się dreptaniu po tych rozrzuconych klockach. Mówiłam do niej, jak do ściany, ona nie reagowała. Oczywiście łażąc tak traciła równowagę, machała łapami, żeby się nie przewrócić i w końcu wytrąciła mi talerz z ręki. Mną szarpnęła złość i bezsilność i wtedy miał miejsce następujący dialog:

– Kasiu, jesteś niegrzeczna.

– Jestem grzeczna.

– Jesteś niegrzeczna, wytrąciłaś mi jedzenie z ręki.

– Jestem grzeczna.

– Nie jesteś grzeczna, nie słuchałaś mnie i wytrąciłaś mi talerz.

Wtedy mała siadła pod ścianą ze smutną minką pełną jakiegoś niezrozumienia, pomyślała coś i ze łzami w oczach powiedziała: „przepraszam”. I wtedy do mnie dotarło. Ona nie była niegrzeczna. Ona była święcie przekonana, że jest grzeczna. Przecież dobrze się bawiła, było śmiesznie tak łazić po klockach, nikomu nie dokuczała. W tej zabawie nawet nie słyszała, że coś do niej mówię. Nie rozumiała, że istnieje jakaś zasada w ogóle, która dotyczy chodzenia po klockach. Dlaczego ma się nie bawić, skoro zabawa daje tyle radości? Ona w swoim przekonaniu była naprawdę bardzo, bardzo grzeczna!

Powtarzam, trzeba wiele czasu i cierpliwości rodziców, żeby dziecko zrozumiało, że na świecie, dla niego jeszcze nowym, istnieją jakieś zasady. Dwulatek to jeszcze maluszek, nie oczekujmy od niego zbyt wiele. Dwulatki nie są niegrzeczne. Ich rodzice nie są ludźmi nieradzącymi sobie z wychowaniem swoich dzieci. Proces wychowania dopiero się zaczyna, a na efekty trzeba jeszcze poczekać (wypadałoby to uświadamiać wszystkim starym pannom, które próbują pouczać w warzywniakach i strofować nie swoje dzieci). Dzieci w tym czasie poznają świat, dowiadują się ciągle czegoś nowego, starają się wszystko wokół zrozumieć i im to po prostu nie wychodzi. Są sfrustrowane tym, że coś już potrafią zrobić, ale jeszcze mają jakieś drewniane ręce i ciągle coś się w tych rękach łamie, psuje, wylewa. To jest naprawdę wielki stres dla dziecka. Dziecko chce z naturalnym dla siebie egoizmem zaspokajać swoje potrzeby, zjeść coś niejadalnego, ale fajnie wyglądającego, pobawić się czymś niebezpiecznym, bo czemu nie, wsadzić łapy do psiej karmy i rozrzucać (ulubione zajęcie mojej córki, karmienie psów nawet gdy ich nie ma w pobliżu). Dlaczego rodzice tego zabraniają? Dlaczego??? Maluch tego nie rozumie. Też nie jest tak, że nie słucha. Po prostu na czymś się zafiksował i nie zwraca uwagi na to, że ktoś czegoś od niego chce. 100% skupienia nawet na wpatrywaniu się w przestrzeń. Skupienia, nie krnąbrności.

To jasne, że rodzice czasem ledwie wytrzymują. Sama tak mam. Ale jest mi dużo łatwiej, od kiedy uświadomiłam sobie, co dzieje się w główce mojej córki. Odtąd trzymam się kilku zasad, które mi niezmiernie pomagają:

  • w przypadku protestów odpuszczam w sprawach nieistotnych. Co się mam szarpać. W sprawach ważnych stawiam na swoim i się szarpię. Trudno.

  • pozwalam się wypłakać, wywrzeszczeć i wypiszczeć. Siadam na podłodze i czekam. Jak się akumulator napięcia rozładuje, mała przychodzi się przytulić. Wrzask kończy się nagle. A ja przytulam.

  • trzymam za rękę i jestem obecna. Trzymam za rękę w płaczu, trzymam za rękę, gdy mała fisiuje mi w nocy i budzi mnie co godzinę (jeszcze się takie noce zdarzają), trzymam za rękę zabraniając kolejnego ptasiego mleczka, bo brzuch rozboli, więc jest histeria. Trzymam za rękę moje dziecko, bo ono czuje się zagubione, bo nie radzi sobie ze swoimi emocjami, bo żyje jeszcze za krótko, by tę umiejętność opanować. Trzymam za rękę, bo moje dziecko rośnie i rozwija się. Właśnie zauważyło, że staje się niezależną osobą, ma wpływ na to, co się wokół niego dzieje i uczy się z tej swojej niezależności korzystać. Trzymam za rękę, bo moje dziecko potrzebuje mnie właśnie wtedy, gdy „nabroiło” i zostało skarcone. Znacie ten motyw, kiedy skarcone wasze dziecko chodzi za wami krok w krok po domu, umazane i uryczane, z poczuciem skrzywdzenia i niesprawiedliwości dziejowej, a i tak za wami łazi? Bo nie rozumie, co się właściwie wydarzyło, widzi natomiast, że rodzic jest zły i boi się panicznie, że zostanie samo, że mama zostawi. Trzymam więc za rękę. Daję poczucie bezpieczeństwa, niech moje dziecko wie, że jestem i kocham. Zawsze i bezwarunkowo.

Z tego wpisu wyłania się może obraz cierpliwej i prawie idealnej mamy, która w każdej sytuacji potrafi zachować się wzorowo. Szkoda niestety, że tak nie jest. Jestem normalną mamą, do tego potrafię się ostro zdenerwować. Moja córka nauczyła mnie ogromnej cierpliwości, a z cierpliwością mam tak, że można mnie długo prowokować, ale do pewnej granicy. Po przekroczeniu tej granicy wybucham, a w domu wszystko fruwa. Moje dziecko te granice nieraz przekracza. Tak jest z tym rozrzucaniem po domu psiej karmy. Garściami. Byle najdalej przed siebie. Mówię, proszę, tłumaczę. Nic. I jeszcze mam wrażenie, że rozrzuca więcej i szybciej, żeby zdążyć rozrzucić jak najwięcej, zanim zabiorę jej pudełko. We mnie się gotuje, mam ochotę rozszarpać na strzępy własne dziecko. I zdarzyło się w tej sytuacji ze dwa razy, że dzieciak dostał po prostu po łapach. I znowu do mnie docierało, że to nie ma sensu (pomijając oczywisty fakt, że nie można dziecko uczyć rozwiązywania problemów agresją). Moja córka zanim się oczywiście rozbeczała, patrzyła oczami pełnymi niezrozumienia. Nie rozumiała, że robiła źle. Od tej pory już nie dostaje po łapach. Jak mną szarpie nerw i czuję, że za chwilę komuś stanie się krzywda, idę do pokoju obok i walę głową w poduszkę. Jak mi przejdzie, wracam do dziecka z nową siłą i próbuję wychowywać. Nie ma innej rady.

Rodzice, trzymajcie swoje dzieci za rękę, póki one tego chcą i potrzebują. Bunt dwulatka mi niestraszny. O wiele bardziej boję się buntu piętnastolatka. Wtedy przytulenie może już nie pomóc, o ile dziecko będzie jeszcze na tyle ufne, żeby chcieć się przytulić. Teraz jest wasz czas, zacieśniajcie więź ze swoimi dziećmi, bądźcie z nimi i dla nich. To jest wielka wartość, bunty przejdą, śladu po nich nie będzie, a więź zostanie z wami na zawsze.

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

9 komentarzy

  • Szczęśliwa Siódemka

    Najpierw się pośmiałam („matka bez pojęcia i lekarz bez pojęcia”!), a potem wzruszyłam.
    U nas wyglądało to tak, że starszy synek miał skoki rozwojowe jak w podręczniku: wtedy, kiedy miały być, ewidentne i nie do pomylenia z niczym innym. Za to młodszy albo tych skoków nie ma, albo nie zauważyłam. W ogóle wydaje mi się spokojniejszy niż starszy w jego wieku, ale może też być tak, że ja się mniej przejmuję.
    Mój Robert jest w wieku Twojej Kasi. Bywa niegrzeczny 😉 Też nie jestem zwolenniczką takiego myślenia o dziecku, ale ten mały figlarz autentycznie robi mi czasem na złość i czeka na moją reakcję. Staram się być konsekwentna i jednoznaczna w tych reakcjach. To bywa niełatwe, zwłaszcza gdy chce mi się śmiać 😀

  • Marta

    Moja zaprzyjaźniona psycholog, która na co dzień pracuje z dziećmi mówi, że bunt dwulatka to pikuś, potem jest bunt trzy- cztero- itd… to się nazywa dzieciństwo i jest naturalne. A i jeszcze jedna rzecz, nie generalizujemy. Lepiej nazywać zachowania „to, że wytrąciła nie talerz, było niegrzeczne”

  • Roksana

    Czytam kolejny tekst i znowu mam wrażenie jakbym czytała siebie 🙂 Bardzo jest mi bliskie to co piszesz, pewnie kojarzysz, że mam w domu prawie 3 latka i walczymy 😉 Trochę o dominację, o władzę. Ale zazwyczaj o to, żeby się wzjamnie zrozumieć. I czasem z tego aż wióry lecą. Cóż, ani ze mnie idealna matka, ani z Młodego idealne dziecko. A wychowanie to trudna sztuka. Na szczęście większość rodziców tak ma, więc da się to przetrwać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *