Świat dziecka

Jak wzmocnić odporność dziecka – oto kilka sprawdzonych sposobów.

Odporność dziecka na choroby jest jedną z kluczowych kwestii w życiu rodziny. Chory maluch potrafi zmienić w koszmar całe dnie i noce rodziców, sam się też przy tym męcząc okrutnie. O ile jeszcze rodzice mają to chore dziecko z kim zostawić, gdy sami idą do pracy (albo nie pracują), to sytuacja rodziców, którzy zdani są tylko sami na siebie jest w takich sytuacjach nie do pozazdroszczenia.
My jesteśmy takim właśnie przypadkiem. Nie mamy do pomocy przy naszej córce absolutnie nikogo, oboje pracujemy zawodowo zostawiając Kasię w tym czasie pod opieką kochanych cioć w żłobku. Z tego i z wielu innych oczywistych powodów, zdrowie naszej córci – oczka w głowie jest dla nas sprawą najważniejszą. Postanowiliśmy ją więc uodpornić wszelkimi znanymi sposobami, tak, abyśmy mogli się cieszyć widokiem zdrowego i roześmianego malucha, oraz aby żadne bakterie, ani wirusy nie stawały nam – rodzicom na drodze w celebrowaniu pełnego pasjonujących wyzwań życia biurowego w naszym zakładzie pracy. Innymi słowy: mała idzie do żłobka, starzy – do roboty, bo taki jest porządek rzeczy tam, gdzie uczciwie płaci się podatki i utrzymuje tych, którzy ich nie płacą.
Nasza córcia kochana i śliczna ma aktualnie niewiele ponad dwa lata i od ponad pół roku nie choruje wcale (co u takich małych dzieci nie zdarza się często), a przez pierwsze miesiące w żłobku chorowała sporadycznie, krótko i raczej lekko. Nie wykluczam, że sama z siebie nie jest zbytnio chorowita, nigdy, ale to nigdy nie brała antybiotyków, ani żadnych innych leków na receptę, ale odkąd się urodziła pomagamy jej tę odporność wzmacniać.

Polecam wam metody odkryte nie przeze mnie, dzięki którym temat chorób Kasi w naszym domu w zasadzie nie istnieje:

Nie kąpiemy jej codziennie i pozwalamy czasem na rzeczy obrzydliwe.

Może tutaj narażę się na ostrą krytykę ze strony rodziców, ale po urodzeniu w szpitalu Kasia była na moje życzenie kąpana chyba raz albo dwa razy. Uważam, że wyjaławianie skóry noworodka nie jest konieczne, a taki maluch w zasadzie nie ma szansy poważnie się ubrudzić, szczególnie, gdy bez przerwy jest przecierany i obmywany chusteczkami nawilżanymi. Nie jestem zwolenniczką zaniechania wszelkiej higieny osobistej, ale ważne dla budowania odporności dziecka jest jego kontakt z bakteriami i (jakby to nie zabrzmiało) brudem wokół siebie. Smoczki i butelki były oczywiście wyparzane, ale też do czasu. Czasem trzeba dziecku pozwolić włożyć brudną łapę do buzi. Nie ma co wpadać w histerię. Oczywiście zawsze odganiałam naszego psa, który z miłością i oddaniem oblizywał buźkę mojej kruszyny, ale ręce mi opadły, jak moja trochę już podrośnięta kruszyna oblizała w geście wzajemności jego zasmarkany nos. Zawsze reagowałam, gdy wkładała do buzi granulki psiej karmy, ale co oblizała to oblizała.
Nigdy też nie prasowałam dziecku śpioszków. Prane były oczywiście w detergentach dedykowanych dla niemowląt, ale nie widziałam potrzeby doszczętnego wyjaławiania niemowlęcych ubranek. Nigdy nie było przy tym u nas tematu alergii, podrażnień, ani wysypki. Nigdy.

Spacery i przebywanie na świeżym powietrzu.

Położna poradziła mi wychodzenie z noworodkiem na taras, gdy tylko skończy on trzy tygodnie i gdy temperatura nie będzie niższa, niż +5 st. C. A później regularne spacery bez względu na pogodę, o ile da się wyjść. Tak robiłam. Strasznie mi się nie chciało na te spacery chodzić, bo Kasia niemowlęctwo przypadło akurat na mróz, śnieg, lód i zimne wiatry. Ale dla dobra dziecka opatulałam ją w kombinezony i śpiwory, wkładałam do wózka i popierdzielałam pod górę i z góry po śniegu i wiecznej zmarzlinie, bo tak wygląda świętokrzyska wiocha zimą. Czasem po drugiej stronie lodowca widziałam sąsiadkę, która robiła dokładnie to samo ze swoim opatuleńcem zwanym Emilką. Jako ciekawostkę dodam, że w większości niemieckich przedszkoli dzieci wychodzą na podwórko codziennie (!) bez względu na pogodę, choćby nie wiem jak lało i wiało, wygwizda tam te bidulki do szpiku kości, ale muszą wytrzymywać. Taka tradycja. Niemcy to mi tak nawet na zdrowych wyglądają, może dlatego właśnie. Do tej pory wychodzimy z Kasią z domu zawsze, gdy się da. Nawet tylko po to, żeby ją trochę dla jej dobra wymrozić.

Probiotyki i witamina D3.

Dostaje to naprzemiennie od urodzenia. Stosowałam różne probiotyki na zmianę, te drogie i te tanie. Przyznaję otwarcie, że nie mam zdania na ich temat. Nie wiem, które są mniej, a które bardziej skuteczne, kupuję po prostu jaz jedne, raz inne. Najlepsze na świecie probiotyki zawarte są w domowej roboty kiszonkach, ale dziecko musi umieć i chcieć coś takiego zjeść. W przypadku mojej córki jest to sprawa póki co nierealna. A witaminę D mam fajną w kropelkach z dozownikiem – pompką, łyka bez problemu. Nie stosuję żadnych innych suplementów. Staram się, żeby dobrze jadła, z tym różnie w domu bywa, ale dietę ma i tak lepszą, niż ja. Catering żłobkowy dba o różnorodność, Kasia wsuwa zupki, mięso i ryby, jestem więc spokojna o jej kondycję. Kiedyś podjęłam wyzwanie podawania Kasi tranu, ale butelka warta kilkadziesiąt złotych wylądowała w końcu w koszu na śmieci. Kasia z obrzydzeniem odwracała głowę od łyżeczki, nie wypiła nigdy ani jednej kropli. Postanowiłam wypić to sama (szkoda mi się zrobiło wydanej kasy). Pierwsza dawka z obrzydzeniem połknięta odbijała mi się rybą chyba ze dwa dni, w związku z czym chętnie wystąpię w jakiejś antyreklamie tego odrażającego płynu. Wolę już chorować, niż to pić.

Nawilżamy powietrze i nie przegrzewamy pokoju dziecka.

Odpowiednie warunki do spania to podstawa i nie odpuszczamy nigdy w tym temacie. W pokoju Kasi zawsze jest nieco chłodniej, niż w pozostałych pomieszczeniach. Nie wiem dokładnie, ile jest tam stopni, w każdym razie jest zbyt chłodno, żeby spać bez przykrycia i całkiem przyjemniusio, jeśli człowiek nakryje się kołderką. Dopóki Kasia się w nocy rozkopywała, spała w śpiworku, wtedy byłam pewna, że nie zmarznie. Latem w czasie upalnych i dusznych nocy źle jest oczywiście nam wszystkim, na to nie mam skutecznego sposobu. Dziecko po prostu śpi w półnagie przy otwartym oknie. Trzeba wtedy pamiętać o jakimś odstraszaczu komarów, żeby rankiem zamiast dziecka nie znaleźć w łóżeczku zlepka krostek.
W sezonie grzewczym uruchamiamy nawilżacz. Kupiliśmy kiedyś taki wypasiony ultradźwiękowy, ale go zepsułam, więc kupiliśmy dwa gorsze, oba ultradźwiękowe (nie doszukujcie się w tym żadnej logiki). Jeden dla Kasi, drugi do naszej sypialni. Nie wyobrażam sobie życia bez tych nawilżaczy. Jak czasem zapomnimy włączyć nasz nawilżacz na noc, rano budzimy się z żyletkami w gardle i skorupą w nosie. Koszmar. Dlatego dymią całe noce przyjemną mgiełką chroniąc nasze drogi oddechowe przed wysuszeniem i infekcjami. Teraz uruchamiamy je tylko do snu, ale gdy byłam z Kasią w domu na macierzyńskim, nawilżacz buchał z komina całą dobę.
Dodatkowo psikam Kasi do noska codziennie wodę morską, bez względu na porę roku. Świetnie nawilża śluzówkę i usuwa zanieczyszczenia.
Oczywiście staramy się także nie przegrzewać dziecka zbyt grubą warstwą ubrań. Dzieci nie są aż tak wrażliwe na chłód, jak się niektórym wydaje. Ze zgrozą obserwuję zimą w marketach wyrozbieranych robiących zakupy rodziców niosących na rękach opatulone, zakurtkowane i zaczapkowane małe dzieci, czerwone na twarzy z gorąca i płaczu (spowodowanego zapewne gorącem, które aż od nich bucha). Strach takim mamom zwrócić uwagę w obawie przed atakiem agresji. W kwestii ubierania dziecka trzymaliśmy się zasady, że dziecko ma na sobie jedną warstwę ubrań więcej, niż dorośli. To się naprawdę świetnie sprawdza.

Pozwalamy się dziecku wygorączkować.

Wszystkie możliwe źródła podają, że jeśli temperatura u dziecka nie przekracza 38,5 stopnia, to nie powinno się jej zbijać. Organizm dzieci rządzi się innymi trochę prawami, niż organizmy dorosłych i temperatury, które nas ledwie zipiących powaliłyby do łóżka, dla dziecka są jedynie stanem podgorączkowym, przy którym potrafi ono udawać, że nie choruje. Zaobserwowaliśmy to także u naszej córki. Nie sięgamy po środek przeciwgorączkowy zbyt często. Podwyższona temperatura świadczy o tym, że organizm walczy z chorobą. Niech więc walczy samodzielnie, dopóki może. Dzięki temu uczy się walczyć skutecznie i staje się coraz silniejszy, nie odbierajmy mu tej szansy. Szczególnie, gdy dziecko jest lekko ciepłe i akurat śpi – niech sobie śpi spokojnie, niech ma lekko przyspieszony oddech, niech się spoci. Dajmy mu spokój, nie budźmy do w środku nocy bez potrzeby. Kasia po takiej nocy nieraz budziła się w normalnym stanie, chłodna i ozdrowiona. Zdarzało się, że taka noc z gorączką była jakimś incydentem bez ciągu dalszego, czasem niestety był to początek kilku dni jakiejś infekcji.
I jeszcze jedna sprawa: nie ma co biegać do lekarza bez potrzeby. Jeśli maluch nie leci z rąk, jeśli gorączkę da się obniżyć zwykłym środkiem przeciwgorączkowym, jeśli nie dzieje się nic szczególnie niepokojącego, to zostańmy z dzieckiem w domu. Jak jest gorączka warta obniżania – obniżać, dziecko nie ma apetytu – nie wciskać jedzenia na siłę (a kto chory wsuwa schabowe z kapuchą?). Dużo płynów, spokój, książeczki, ulubiona bajka w telewizji, drzemki – tyle zazwyczaj wystarczy. Tak robimy sami i to się sprawdza.

Pojechaliśmy nad morze.

Polecam każdemu, kto ma taką możliwość. Zbawienne działanie Bałtyku wiosną i jesienią nie jest żadną wiedzą tajemną. My wybraliśmy się na kemping późnym latem. Kemping nasz sąsiadował bezpośrednio z plażą, więc pod wpływem nadbałtyckich pełnych jodu wiatrów (wiatry to delikatne określenie tego zjawiska) byliśmy cały dzień. Codziennie bez względu na pogodę chodziliśmy nad morze, żeby nas trochę wygwizdało. A wygwizdało nas do tego stopnia, że żadne z nas nie choruje wcale.

Szczepimy naszą córkę.

Należę do zadeklarowanych zwolenniczek szczepień. Kasia dostała pełen pakiet obowiązkowych i kilka zalecanych, niestety wtedy jeszcze płatnych szczepionek. Sama zostałam zaszczepiona dzięki temu, że zatroszczyła się o to moja mama. Dzięki temu nigdy nie dopadła mnie żadna poważna choroba zakaźna. Nie mogłam więc odebrać własnemu dziecku tej szansy. Nie widzę tutaj pola do dyskusji, proszę wybaczyć. Kilka rzeczowych i potwierdzonych fachowo argumentów za szczepieniami znajdziecie na jednym fajnym blogu, który niedawno odkryłam. Warto poczytać.

Kontakt z dziećmi.

Do kontaktu z dziećmi żłobkowymi moja córeczka została poniekąd zmuszona, ponieważ ma ciężko pracujących zawodowo rodziców. Kontakt ten uwielbia, co przejawiało się kiedyś przyjmowaniu na klatę potwornych drobnoustrojów. Pierwszych kilka tygodni w żłobku minęło Kasi pod znakiem infekcji, na szczęście niezbyt uciążliwych. Ale organizm miał dzięki temu szansę uzbrojenia układu immunologicznego w niezbędną broń. Obecnie mamy dziecko zdrowe jak ryba, nie chorujące wcale (odpukać). Nie uważam, że żłobek, czy przedszkole to świetny sposób na budowanie dziecięcej odporności, bo w większości przypadków jest to po prostu jedyna możliwość zapewnienia dziecku opieki, a nie jakiś tam kaprys. Niemniej jednak zetknięcie się tam z choróbskami wszelakimi jest pewne. Myślę, że lepiej dla dziecka, jeśli zetknie się z nimi w okresie przedszkolnym, niż gdyby przesiedziało w domu całą pierwszą klasę szkoły podstawowej. Bo prędzej, czy później dzieci muszą swoje odchorować. Mniej lub bardziej, ale jednak.

Czekolada i ptasie mleczko.

Bez związku z tematem. Dajemy jej czasem, bo lubi, nie ma to jednak najmniejszego wpływu na odporność. Przyzwyczaja jedynie do mycia ząbków.

Było mi bardzo miło tak się wymądrzać i pouczać, mam nadzieję, że trochę pomogłam. Jeśli ktoś ma jeszcze jakiś pomysł, niech się ze mną tym podzieli. Sekcja komentarzy jest bezpłatna. Pozdrawiam!

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

12 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *