Świat dziecka

Mama wraca do pracy. O tym, dlaczego warto oddać dziecko do żłobka.

Nadszedł w końcu ten moment, kiedy skończył mi się urlop macierzyński i musieliśmy pomyśleć o zorganizowaniu jakiejś opieki dla naszej córki. Nie miałam dylematu, czy wrócić do pracy, bo w naszym przypadku z banalnych przyczyn ekonomicznych i zdroworozsądkowych pewne było, że wracam. Po niedługim zresztą zastanowieniu, w czyje ręce Kasia trafi, postanowiliśmy poszukać dla niej jakiegoś przyjaznego żłobka. Ja wiem, że panie opiekunki, te młode i te z wieloletnim doświadczeniem potrafią być niesamowitą pomocą dla rodziców i najlepszą przyjaciółką dla ich dzieci, niemniej jednak zorganizowane instytucje darzę w tej kwestii większym zaufaniem. Chyba za dużo się naoglądałam w necie opublikowanych nagrań z ukrytych kamer, na których panie opiekunki zajmują się wszystkim, tylko nie dzieckiem. W najlepszym przypadku. To oczywiście nie jest reguła, wiem. W każdym razie postawiliśmy na żłobek sugerując się również dobrymi doświadczeniami innych mam w tej kwestii.
Naszym największym zmartwieniem (oprócz tego, jak my w ogóle damy radę o poranku opanować cały ten cyrk z mleczkiem, ubieraniem, karmieniem psów, kanapkami do pracy, wykopywaniem się spod śniegu zimą) było hasło: choroby. Oczyma wyobraźni widziałam się już na nieustających urlopach i zwolnieniach z chorym dzieckiem w domu siedzącą. Ale na to i tak nie mieliśmy już wpływu. „Co będzie to będzie” – pomyśleliśmy, po czym ruszyłam w miasto szukać idealnego miejsca dla mojej Kasi. Mój wybór padł na malutki w jednorodzinnym domku zorganizowany żłobek, którego dodatkową zaletą było to, że jest o kilka minut drogi autem od mojego biura. Tam właśnie zaczęliśmy to nasze biedne dziecko każdego ranka podrzucać.
Pierwszy dzień rozstania z córką był dla mnie jakimś koszmarem. Odkąd się urodziła, nie było dnia, którego nie spędziłaby ze mną. Nie mogłam sobie wyobrazić, że nie będę jej widywać przez prawie cały dzień. Problemem było też to, że mam strasznie wstydliwe i dzikie dziecko, bojące się obcych wręcz obsesyjnie (chociaż zabierałam ją ze sobą wszędzie i zawsze, po to między innymi, żeby się jednak przekonała, że ludzie z nami nie mieszkający nie pożerają małych dzieci). Świadomość jej dzikiej i histerycznej natury nie ułatwiała mi niczego. Wiozłam ją do tego żłobka ze łzami w oczach. Panie były oczywiście z milion razy uprzedzone (żeby nie zapomniały!), że obiekt nie będzie łatwy i może miesiącami wrzeszczeć wniebogłosy z żalu za matką, która dokonała porzucenia. A tu masz, moje dziecko mnie zaskoczyło. Przyjechałam po swoją rozhisteryzowaną i ugluconą z płaczu pociechę, a pociecha nie jest wcale uglucona. Usłyszałam za to: „wcale nie było tak źle”. Szok. Kasia siedzi spokojnie na kolanach obcej osoby i nie beczy. Rozbeczała się za to, gdy mnie ujrzała. Wyszło na to, że to ja jestem jej problemem. A dalej to już poszło jak z płatka.

Żłobek w naszym przypadku sprawdza się doskonale, nie wyobrażam sobie, żeby Kasia miała tam nie chodzić. Moje doświadczenia w tym temacie streszczam tutaj w kilku punktach.

1. Dzieci w żłobkach ciągle chorują.
Tego bałam się najbardziej i przed tym mnie wszyscy ostrzegali. Ale podczas jakiegoś szczepienia, pediatra powiedział mi, że wcale to tak dramatycznie nie wygląda, a dzieci żłobkowe i przedszkolne przechodzą te choroby trochę łagodniej. Tego nie wiem. Może i łagodniej. Fakt w przypadku Kasi jest taki, że jest niezwykle twardym zawodnikiem i choruje rzadko, a od kilku miesięcy wcale. Oczywiście po pierwszym tygodniu w żłobku złapała swój pierwszy w życiu katar. Przez pierwsze trzy miesiące łapała jakieś infekcje, klasycznie: katar i gorączka. Dwa, trzy tygodnie zdrowizna i znowu trzy dni temperatura i brak apetytu, czasem mały paw na bluzkę. Później takie infekcje były coraz rzadsze, a ostatnie pół roku w sezonie inwazji grypy i przeziębienia to tylko wycieramy jej nochala (a katar wcale nie jest duży) i dajemy coś na kaszel, gdy kaszle. No i inhalacje. Najważniejsze i najskuteczniejsze narzędzie w takim przypadku. Inhalator to nasz najlepszy przyjaciel. Ale faktem jest, że w żłobkach i przedszkolach dzieci chorują częściej. Znam przypadki mniej niż moja córka odpornych dzieci, które chorują ciągle. Pochodzą kilka dni do przedszkola i znowu coś łapią. I nie taki tam katarek, jak u nas, ale temperatura, aż dziecko całe parzy. Tego niestety nie da się uniknąć, niektórym dzieciom nie pomagają zabiegi wzmacniające odporność, muszą po prostu swoje odchorować, jak nie teraz, to w szkole. Kiedyś organizm musi nauczyć się walczyć z wirusem. Im wcześniej tym lepiej moim zdaniem.
Na tę okoliczność właśnie postanowiłam Kasię oddać żłobkowi na dwa miesiące przed moim powrotem do pracy. Na wypadek, gdyby cokolwiek się działo, związanego z chorobą, lub nie. Miałam ten komfort, że nie musiałam tydzień po powrocie do pracy tłumaczyć, że muszę z dzieckiem w domu zostać. To było dobre posunięcie, bo te pierwsze dwa miesiące były pod względem zdrowotnym najgorsze. Tak jak pisałam, z czasem było coraz lepiej, a moje nieobecności w pracy nie były jakieś tam szczególnie częste.

2. Rodzice dzieci chodzących do żłobka chorują nieprzerwanie na nieznane współczesnej medycynie choroby.
Pierwszych kilku miesięcy Kasi w żłobku nie zapomnę nigdy. O ile ona tylko lekko smarkała, to nam – kochającym rodzicom sprzedawała najgorszy zestaw dolegliwości. Jakby to opisać jakoś nieobrzydliwie: grypy i grypopodobne ustrojstwa, łamanie w kościach, pozbywanie się zawartości organizmu różnymi drogami bez ostrzeżenia, temperatura, cherlanie i brak chęci do życia, pragnienie ukojenia w bólu za wszelką cenę. Objawy te występowały u nas jednocześnie lub naprzemiennie w różnych zestawieniach. Czasem chorowaliśmy na wszystkie choroby naraz. Trwało to wiele miesięcy, a w pracy (pracujemy razem) zaczęto mówić na nas „cherlaki”. Chociaż cherlanie to i tak najłagodniejsze i nieprzystające do rzeczywistości określenie naszego stanu. Wyjeżdżając na wakacje nad Bałtyk mieliśmy nadzieję na wzmocnienie odporności. Udało się. Ani my, ani nasza córka – sprawczyni naszego upodlenia nie chorujemy już od miesięcy w ogóle.

3. Dziecko w żłobku szybciej się rozwija.
Przede wszystkim uczy się właściwych postaw społecznych. Szczególnie jedynaki, tak jak nasza Kasia dostają bezcenną moim zdaniem szansę na naukę wrażliwości, zarządzania swoimi emocjami, szczególnie w trudnych dla siebie sytuacjach. W żłobku ciągle ktoś kogoś popycha, coś zabiera, psuje, przeszkadza, z tym trzeba nauczyć się żyć, tego też trzeba się oduczać. Nie ma dla dziecka nic cenniejszego, niż grupa innych dzieci. One się rozumieją bez słów, uczą się od siebie, rywalizują ze sobą (co uczy sprytu), uczą się komunikować, co z pewnością przyspiesza rozwój mowy (chcesz czegoś – musisz powiedzieć, o co ci chodzi). W żłobku, do którego chodzi moje dziecko jest jedna kilkunastoosobowa grupa dzieci w różnym wieku. Wszystkie bawią się razem. Uważam to za świetne rozwiązanie. Te maluszki obserwują tych starszych ucząc się od nich, starszaki opiekują się młodszymi. Niejednokrotnie sama byłam tego świadkiem. Kasia miała kilka miesięcy, gdy pojechałyśmy do tego żłobka załatwiać jakieś formalności. Posadziłam ją na podłodze, ona fiknęła, przestraszyła się i zaczęła płakać. Wokół niej od razu pojawił się wianuszek skrzatów, które zaczęły ją głaskać po głowie i pocieszać: „nie płacz”. Zamurowało mnie. Takie mikroby, a tak pełne empatii! Wiedziałam, że trafiłam w dobre miejsce. Starszaki opiekowały się Kasią, dopóki nie awansowały do przedszkoli. Gdy odbierałam ją po pracy, zawsze kilkoro dzieci trzymając się wszystkie za ręce przyprowadzało mi ją z sali. Czasem kończyło się to poturbowaniem mojego dziecka, bo te starsze chodziły lepiej i szybciej i czasem przez nieuwagę wlokły ją za sobą. Nigdy się jednak jakoś nie skarżyła z tego powodu. Teraz sama jest starszakiem i mam nadzieję, że jest równie wrażliwa i opiekuńcza w stosunku do młodszych. W każdym razie w domu okrywa szmatami psy, kota i lalki, żeby nie zamarzły we śnie. Mnie kiedyś też przykryła poduszką, ale tylko po to, żeby się na takim zestawie położyć.
Żłobek też ucywilizował moje dziecko pod kątem stosunku do obcych. Przestała się ich panicznie bać i wstydzić, chociaż nadal trzyma dystans (i dobrze). Stała się odważniejsza i chętniej nawiązuje kontakty z ludźmi. Wcześniej nawet dziadków i ciotek się bała. Moja mama nie miała prawa nawet jej dotknąć, potrafiła spędzić godziny na kolanach u taty z odwróconą od świata głową. Teraz jest o niebo lepiej. Nowe dziecko. Oczywiście jest już starsza i przez to też mądrzejsza, ale fakt, że przez żłobek przewijają się ciągle jacyś ludzie na pewno jej tylko pomógł. Rok temu uciekła przed Mikołajem gdzieś za szafy, teraz mam pamiątkowe zdjęcie z lekko niepewną miną Kasi siedzącej u Mikołaja na kolanach.

4. W żłobku dzieci mają mądrze zorganizowany czas.
Regularne posiłki, czas na zabawę, rytuały związane z myciem rączek, sprzątaniem po zabawie, gimnastyka – to są niewątpliwe zalety. W weekend możemy sobie pozwolić na odrobinę luzu, jak to w domu: chodzenie w piżamce jak długo się chce, z regularnością posiłków też różnie to bywa, zależy jak leży. Wiem, że w żłobku Kasia zawsze zje, bo jedzą wszyscy, chyba, że jej coś zupełnie nie pasuje i jest błeee. Je rzeczy, których w domu nawet tknąć nie chce, bo inni jedzą, to ona też. Myślałam, że wyskoczę z butów, gdy ustawiła się w kolejce po kabanosa koleżanki, albo gdy zjadła pomidorową z ryżem. Z ryżem! W domu tym ryżem pluła dalej, niż widziała.
A ile to dziecko zna wierszyków, piosenek, tańców, figur gimnastycznych, to już nie wspomnę. Tak jak pisałam niedawno, sama muszę wyszukiwać w necie wierszyków, żeby ją czegoś nauczyć. Panie w żłobku to nieprzebrane źródło takiej wiedzy i pomysłów na zabawę. Na ścianie co rusz wiszą nowe prace dzieci. Malowanki, wyklejanki, co tylko świat wymyślił. Trudno o to w domu, kiedy jest tyle spraw organizacyjnych i porządkowych do załatwienia. Nie mam sobie wiele do zarzucenia, jeśli chodzi o ilość czasu poświęconego córce, ale dzień spędzony w żłobku jest dla niej dużo bardziej intensywny i twórczy. Doszło do tego, że pod koniec weekendu ona się w domu z nami po prostu nudzi, nakrywa sobie głowę szmatą i tak się kręci w kółko, a poniedziałek ledwo jej butki założyć zdążę, ona już pędzi do pani na salę. Żadnych buziaków, żalu – nic. Już leci do dzieci. A jak po nią przychodzę, nieraz przybiega tylko po to, żeby się przywitać i zwiewa z powrotem, bo akurat przerwałam jej jakąś świetną zabawę. Uwielbia ten żłobek po prostu.

5. Trudno dzieci traktować indywidualnie, gdy jest ich dużo. Ale jest to możliwe.
Nie wiem naprawdę, jak te panie to robią, ale dzieci są traktowane, jakby były tam jedyne na świecie. Od pierwszego dnia wiedziały, które ubrania są Kasi (dla porównania: gdy mój mąż zostawiał Kasię w żłobku, to pokazywałam mu zdjęcie kapci jego córki). Są gotowe karmić indywidualnie, czym tylko rodzice sobie zażyczą, każde dziecko inaczej. Wszystkie dzieci, łącznie z moim, są wyprzytulane, siedzą na kolankach i na rączkach ile chcą. Moja Kasia jest codziennie wybawiona, czyściutka, przebrana jak się upapra sosem, pieluszka świeża, fryzura zrobiona i poprawiona. W soboty i w niedziele chodzi jak bezdomna lumpiara, bo nienawidzi się czesać (chyba, że ma w tym jakiś interes w postaci wyjazdu do bawialni), a mi się nie chce za nią biegać i się nad nią znęcać. Sami też się nie czeszemy.

Takie są moje refleksje po ponad roku wożenia córki do żłobka. Mam jedynie żal, nie wiadomo do kogo zresztą, że muszę się z nią rozstawać codziennie na dziewięć godzin. Idealnie byłoby mieć możliwość zostawiać w żłobku dziecko krócej i tylko po to, żeby miło spędziło tam czas. Niestety w większości przypadków jest to konieczność oddawania dziecka pod opiekę na prawie cały dzień. Tak po prostu jest, jak się pracuje i płaci podatki. Oby tylko takich żłobków mogło być więcej. Zdaję sobie sprawę z tego, że piszę z perspektywy kogoś, kogo dziecko w zasadzie nie choruje. Nie mam w związku z tym zagwozdki, kogo jeszcze można zaangażować do opieki nad chorym dzieckiem, bo w pracy już są kwasy jakieś. Ale na pewne sprawy po prostu nie mamy wpływu. Nie bójcie się tych żłobków i przedszkoli kochane Mamy, wracajcie do pracy, ale zanim wrócicie, celebrujcie każdą chwilę na macierzyńskim z waszym dzieckiem. Nigdy później nie będziecie miały możliwości poświęcić mu tyle czasu. To już zawsze będą jakieś przedszkola, szkoły i świetlice. I tak cieszę się, że miałam córkę przy sobie przez dziesięć miesięcy. Kiedyś do żłobków oddawano trzymiesięczne maleństwa. Nie wiem, jak te matki to znosiły.

Dla tych, którzy szukają żłobka w Kielcach, polecam ten, w którym moje dziecko czuje się szczęśliwe. Ze szczerego serca, nie jest to temat sponsorowany.

Zapraszam do komentowania, szczególnie jeśli ktoś ma odmienny punkt widzenia na opisany wyżej temat.

Pozdrawiam!

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

14 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *