Świat dziecka

Kolka niemowlęca – czym się w końcu okazała i jak się ten problem rozwiązał.

Zaczęło się jakieś dwa – trzy tygodnie po przyjściu Kasi na świat. Nasza córka zamieniała się w sygnał alarmowy, który się nie kończył. Płakała coraz częściej i coraz dłużej te płacze trwały. Pierwsze podejrzenie (potwierdzone przez położną środowiskową, z którą miałam kontakt) padło na kolkę. Normalna sprawa, układ trawienny maluszka jest jeszcze mocno niedojrzały, w jelitach gromadzą się pęcherzyki powietrza i brzuszek boli. Położna porównała ten ból do bólu przy biegunce. No tak, to faktycznie może boleć. Chociaż przyczyny kolki podobno ostatecznie nie znaleziono, to faktem jest, że te maluszki płaczą, prężą się, podciągają te nóżki i cierpią. Najpóźniej po około trzech miesiącach dolegliwości ustępują. Rodzice i dziecko odzyskują spokój. Względny oczywiście, jak to przy niemowlęciu.
Wracając do nas: no więc Kasia płakała coraz więcej, wierzgała nóżkami i płakała nadal. Nie bardzo nam te płacze pasowały do schematu, że kolki dokuczają wieczorami i że nie codziennie. Nasz dramat zaczynał się rano i trwał czasem cały dzień, z przerwami na krótkie drzemki. O dziwo, w nocy spała w spokojnie, budziłam ją tylko na karmienie, bo czasem przesypiała. Podczas wizyty szczepiennej lekarka przepisała mi Debridat, miał podobno pomóc. Nie pomagał. Kupiłam małej probiotyk, już nie pamiętam nawet jaki. Nie pomagał. Lulałam to dziecko, śpiewałam, masowałam brzuszek, robiłam „rowerki”, próbowałam kłaść na brzuszku (było wtedy jeszcze gorzej, bo Kasia nienawidziła leżenia w tej pozycji). Nie pomagało nic, co zalecają internety w przypadku kolki. Tak płakaliśmy więc wszyscy. Do tego dochodziły kolejne atrakcje: Kasia miała gazy, jakich wcześniej nie byłam nigdy świadkiem. Puszczała bąki seriami, jak z karabinu. Z sąsiedniego pokoju słychać też było, jak się jej przelewa w brzuszku. No i kupa. W ogromniej ilości i wodnista. Czasem nie wiedziałam, jak ten armagedon ogarnąć, dziecko nadawało się tylko do opłukania szlauchem z daleka, a ubranka do kosza. Karmienie wyglądało mniej więcej tak: ssała pierś, lub smoczek (dokarmiałam ją butelką), aby po chwili puszczać go z płaczem. Cała w nerwach nie chciała kontynuować ssania, odwracała się i koniec. Lepiej jeszcze: najpóźniej po kilkunastu minutach od zakończenia karmienia, chlustała mlekiem, jak z wulkanu. Nie po każdym karmieniu, ale w większości przypadków. Trochę inaczej wyobrażałam sobie ulewanie pokarmu. Jak tylko próbowałam ją nakarmić, wiła się jak wąż, odwracała głowę i wrzeszczała. Doszło do tego, że Kasia przez jakieś dwa, trzy dni konsekwentnie odmawiała brania udziału w karmieniu. Nie będzie jeść i już. Pomyśleliśmy wtedy: idziemy do lekarza.
Nie miała jeszcze dwóch miesięcy. Pani pediatra spojrzała na nią, wysłuchała moich historii i stwierdziła, że to najprawdopodobniej nietolerancja laktozy. Przepisała nam Bebilon Pepti DHA i kazała tym karmić. No to karmiłam. Przez trzy dni Kasia była tylko na tym mleku (odstawiłam ją od piersi), a ja miałam wrażenie, że sytuacja się uspokoiła. Prawie skończyły się płacze, a dziecko chłeptało mleczko bez marudzenia. W planie była jakaś wizyta u pediatry w związku badaniem krwi, przy okazji pochwaliłam się, że jest poprawa. Ale pani pediatra kazała mi wrócić do karmienia piersią (oprócz Bebilonu oczywiście), bo mleko mamy jest bezcenne i trzeba karmić jak najdłużej. Nie sposób było się z tymi argumentami nie zgodzić. Wróciłam z maluchem do domu, postanowiłam nakarmić. Piersią, zgodnie z zaleceniem. Mała zjadła, leżała sobie u mnie na rękach, robiła minki, tak sobie razem siedziałyśmy. Minął może kwadrans, aż tu nagle moje dziecko zupełnie bez ostrzeżenia wrzasnęło tak, że mnie w fotel tym wrzaskiem wbiło i płakało ze trzy godziny nie dając się w żaden sposób utulić.
Wtedy podjęłam decyzję: koniec karmienia piersią. To się w naszym przypadku po prostu nie sprawdza. Przeszłyśmy całkowicie na mieszankę bezlaktozową. Efekt? Dostaliśmy nowe, lepsze dziecko. Dziecko spokojne, praktycznie niepłaczące, uśmiechnięte, radosne. Skończyły się chlustania mlekiem i powodzie z kupy. Skończyło się przelewanie w brzuszku. Skończył się dramat nasz i naszego dziecka. Bebilonem karmiłam Kasię prawie rok, później przeszłyśmy na standardowe mieszanki. Do tej pory Kasia lubi mleko, musi być rano koniecznie, a czasem i w ciągu dnia też ma ochotę. Nietolerancja laktozy przeszła samoistnie przed ukończeniem pierwszego roku życia, a produkty mleczne wprowadzałam w diecie stopniowo. Temat laktozy póki co nie powrócił, jemy wszystko, co lubimy.
No, taka to była historia. Myślę, że wiele z tych kolek, to takie właśnie problemy, jakie my mieliśmy. Nietolerancja laktozy według naszej lekarki nie jest u niemowlęcia rzeczą niezwykłą. Często się zdarza, często też ustępuje z wiekiem. Gdyby Kasia nie przestała jeść, pewnie też męczylibyśmy się dłużej sądząc, że walczymy z kolką. Mam nadzieję, że ten post komuś kiedyś pomoże.

Pytanie na dziś: czy istnieje naprawdę skuteczny sposób na kolkę, czy wszyscy tak się męczycie i nic zupełnie nie pomaga? Bo ja mam takie wrażenie, po rozmowach z rodzicami, że ta kolka raczej sama w końcu przechodzi, a te wszystkie zabiegi mające pomóc dziecku tak naprawdę dają rodzicom jedynie poczucie, że robili wszystko, co mogli.

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *