dwujęzyczność zamierzona
Dwujęzyczność w naszym domu

Książki o tym samym, ale w różnych językach. Jaka piękna strategia, ech!

Nikt nie ma chyba wątpliwości, że książki są bezcennym wparciem przy wprowadzaniu dziecka w świat języków obcych. W naszej biblioteczce mamy zatem książeczki po polsku, niemiecku, angielsku i hiszpańsku. Większość z nich, to książeczki każda z innej bajki (nomen omen), ale mam też kilka takich które się „powtarzają”. Co to znaczy? To znaczy, że albo są to te same książki, tylko w różnych wersjach językowych, albo są to różne książeczki, w różnych językach, ale o tym samym.

O taką kolekcję nie jest trudno, gdyż wydawnictwa bardzo dbają o wypuszczanie w świat wielojęzycznych wersji przygód popularnych bohaterów. Moja kolekcja bardzo bogata nie jest, ale jest tworzona zupełnie świadomie.

dwujęzyczność zamierzona

 

Jaki jest sens kupowania takich samych książek w różnych językach?

1. Po pierwsze, mam już gotowe tłumaczenia tekstów. Nawet jeśli w języku niemieckim czuję się dobrze, to zdarzają się sytuacje, że nie wiadomo, jakie słowo najlepiej oddaje ducha wypowiedzi. W słownikach znajdziecie kilka lub kilkanaście tłumaczeń danego słowa. Wiadomo jednak, że nie wszystkie one mogą być użyte w określonym kontekście. A nie ma nic lepszego, niż tekst pisany przez nativa czującego duch języka.

Dobrym przykładem są baśnie, które charakteryzuje dość specyficzny język. Aż podskoczyłam z radości na krześle, gdy udało mi się znaleźć niemalże kopię naszej ulubionej książki z klasycznymi baśniami! Córka jest aktualnie na etapie księżniczek i to ostatnio czytamy.

Podsumowując punkt pierwszy: rozwijam się ja, korzysta też moje dziecko.

2. Po drugie: ponieważ językowo „powielam” książki, które są u nas akurat na topie, mniejsze jest ryzyko, że córka będzie się upierać przy polskiej wersji. Ten język jest jej najbliższy i lubi iść na skróty bojkotując czasem literaturę obcojęzyczną. Ale, jak już mamy tę ukochaną Świnkę Peppę, Kopciuszka, Psi Patrol, tudzież innych po niemiecku i angielsku, to opór słabnie. Zwycięża ciekawość i jest frajda.

3. Po trzecie i chyba najważniejsze: znając książkę w języku, który jest dziecku bliższy, łatwiej mu zrozumieć treść w języku, w którym czuje się mniej pewnie. Łatwiej o skojarzenia, a tym samym słówka lepiej i szybciej wchodzą do głowy. Tak zupełnie naturalnie po prostu.

Dodam tylko, że jest to strategia znana tłumaczom i bardzo często przez nich stosowana. Tłumacze często zawężają swoje pole działania do jednej / dwóch dziedzin, np. informatyki. Czytają więc całe mnóstwo tekstów informatycznych w obu językach (tzw. tekstów paralelnych lub równoległych), aby nabrać automatyzmu w tłumaczeniach. W tekstach fachowych słownictwo i nawet całe frazy powtarzają się i to właśnie umożliwia tłumaczowi automatyczny / szybszy przekład tekstu na język docelowy.

dwujęzyczność zamierzona

dwujęzyczność zamierzona

 

Czy tłumaczenia książek muszą być wierne?

A skąd! Tak naprawdę, to mamy jedną książkę w tłumaczeniu 1:1. Pozostałe to książki po prostu „o tym samym”. Poznajemy więc imiona bohaterów i najczęściej występujące frazy w różnych językach. Jeśli ktoś ogląda Psi Patrol, to kojarzy pewnie zawołanie przed każdą akcją ratunkową: „Nie ma problemu, którego nie rozwiążemy!”. Po niemiecku pieski zawołają: ”Żadna akcja nie jest za trudna, żadna łapka nie jest za mała!”. To są fajne szczegóły, rozwijające i prowokujące do dyskusji. Bo każde dziecko ma wdrukowane w głowie pytanie „A czemu tak?” Więc będzie drążyć. Moje dziecko drąży. Mam dziurę w brzuchu wielkości arbuza. A mniejsze dzieci, które jeszcze nie drążą, a dopiero w ogóle zaczynają mówić, zakodowują sobie, że języki różnią się nie tylko brzmieniem słów, ale również sposobem wyrażania myśli.

dwujęzyczność zamierzona

 

Czy „powielamy” tylko książki?

Oczywiście, że nie. Staram się, żeby ulubiona kreskówka córki pojawiła się u nas w formie książkowej. Ukochany bohater bajkowy czy też fascynacja grzybami niejednokrotnie mają większą siłę przekonywania, niż rodzic. Jest więc duża szansa, że dzieci tym chętniej złapią bakcyla czytelnictwa (polecam oczywiście wpis o bakcylu czytelnictwa KLIK).

Zdarza się, że córka domaga się znalezienia w sieci odpowiedniej kreskówki na kanwie ulubionej książeczki. To również ma sens. Zasada „w różnych językach o tym samym” działa również na linii książka – ekran. Nie udaję, że telewizji się u nas nie ogląda. Ogląda się, a jak. Reglamentujemy córce czas przy ekranie, mamy to szczęście, że ona sama nie jest jakimś fanatykiem telewizji. Przy okazji podrzucam ciekawy artykuł z bloga Elo Pomelo o czasie ekranowym i wpływie wgapiania się w digital na dziecięcy mózg KLIK

dwujęzyczność zamierzona

Matki kochane (ojcowie tego bloga nie czytają), nie zastanawiajcie się, czy „powielać” książeczki czy nie. Wykorzystujcie chwilową fascynację dzieci zarówno do aktywności książkowych, jak i innych: „różnojęzyczne” planszówki, kreskówki, kolorowanki, a nawet przytulanki, przytulanka taka może mówić przecież tylko po angielsku, a co! 🙂

 

 

Jeśli ten artykuł jest według ciebie interesujący, przydatny lub inspirujący, proszę o polubienie mojego profilu FB i przekazanie dalej. Pozwoli mi to dotrzeć do większej liczby osób takich jak ty i ja. Dziękuję serdecznie!
Please follow and like us:
FACEBOOK
Instagram

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *