dwujęzyczność
Nauka języków w teorii

Definicja dwujęzyczności jest największym wrogiem tej idei.

Na temat tego, czym jest dwujęzyczność, spisano całe tomy prac i rozpraw. Ponieważ nie o definicjach chciałabym tutaj pisać, mocno uproszczę: według jednych, z dwujęzycznością mamy do czynienia wtedy, gdy oba języki opanowane są w takim samym stopniu i oba na poziomie języka ojczystego. A więc perfekcyjnie. Inna definicja dopuszcza braki w posługiwaniu się językiem innym niż ojczysty i za osobę dwujęzyczną uważa się kogoś, kto po prostu bez problemu jest w stanie się komunikować w danym języku, nawet jeśli popełnia błędy językowe. Jeśli ktoś miałby ochotę coś na ten temat poczytać i zapoznać się ze źródłami, to na przykład TUTAJ.

Ja osobiście uważam się za osobę wielojęzyczną. Niemiecki znam bardzo dobrze, choć nie jest mi on tak bliski, jak mój język ojczysty i daleko mi do pełnej swobody w niemieckojęzycznej komunikacji. Angielski gorzej, ale potrafię się raczej bez problemu dogadać w codziennych sytuacjach. Po angielsku również komunikuję się z klientami w mojej pracy i daję radę z językiem bardziej technicznym, choć w bardzo ograniczonym zakresie.

Moja fejsbukowa znajoma natomiast, w moim pojęciu również wielojęzyczna, sama za taką wcale się nie uważa. Jest tłumaczką angielskiego, a i z niemieckim naprawdę świetnie daje sobie radę. Języki obce nie dają jej tej swobody w komunikacji, co język ojczysty, więc jakoś nie jest przekonana co do tego, czy może o sobie mówić jako o osobie wielojęzycznej.

Wiele nas dzieli: ona ma syna – ja córkę, ona jest pracowita i zarywa noce – mi się nie chce, ona mieszka w stolicy – ja ukrywam się w czeluściach interioru, ona jest młoda – ja cóż… robię co mogę, żeby nie wyglądać coraz gorzej. Łączy nas natomiast bardzo istotna rzecz: obie mamy wywalone na definicje dwujęzyczności i robimy swoje. Czyli co? Wychowujemy dzieci na wielojęzycznych obywateli świata.

Takie podejście do dwujęzyczności wydaje mi się najbardziej zdroworozsądkowe. Zbyt wiele fejsbukowych postów, zbyt wiele komentarzy na moim blogu przeczytałam, żeby mieć podejście inne, niż to, które mam. Od wielu miesięcy obserwuję efekty przekomarzania się i sporów o to, kto jest dwujęzyczny, a kto nie, kto jest bardziej, kto mniej. Sporów jałowych, o ile dwujęzyczność nie jest tematem pracy naukowej. Sporów nie wnoszących nic ponad to, że ktoś się poczuje dotknięty, albo, że ma satysfakcję z pouczania innych. Efekty te to często zniechęcenie i zarzucenie planów dwujęzycznego wychowania. Przecież, skoro ktoś podpierając się literaturą naukową udowadnia mi, że nie jestem dwujęzyczny, to jak ja mogę w tym duchu wychowywać dzieci?

To, czy ktoś czuje się (lub nie) dwujęzyczny, czy ma takie, a nie inne braki językowe, czy jest przez innych postrzegany jako osoba dwujęzyczna, czy nie, to wszystko w praktyce nie ma większego znaczenia. Bo definicja nie jest nam do niczego potrzebna. Bo są osoby, które lubią podciąć skrzydła. Definicja dwujęzyczności jest chyba największym wrogiem tej idei. Zostawmy definicje naukowcom, niech sobie definiują. Skupmy się na tym, co w dwujęzycznym wychowaniu jest najważniejsze: umożliwienie naszym dzieciom przyswajania języków obcych w sposób jak najbardziej naturalny. Nie wytyczając przy tym bezwzględnych, koniecznych do osiągnięcia celów, ani sobie, ani dziecku. W dwujęzycznym wychowaniu najważniejsze jest stworzenie ciepłej otoczonej językami atmosfery, wśród książek, piosenek, zabaw. Z rodzicem, z kimś do pomocy rodzicowi.

Jako rodzice jesteśmy fizjoterapeutami naszych dzieci, dietetykami, lekarzami, logopedami. Nikt się jakoś nie czepia, bo przecież nauka chodzenia, katar, zupka z dyni, to naturalna część macierzyńskiej codzienności. Nauka języków jest również częścią codzienności, bo wszystkie dzieci w końcu nauczą się mówić. A że nie czujemy się wystarczająco „dobrzy w angielskim”? Nie ma to znaczenia. Douczyć można się zawsze, nawet czytając książeczki z dzieckiem, to jest naprawdę bardzo wartościowa leksykalnie literatura. Jakoś nikt nie ma obaw wysyłać dziecko do szkół i na kursy, chociaż nauczyciele również w większości popełniają błędy językowe. Niektórzy wręcz naruszają dobre imię uczelni, którą skończyli. Czy ktoś się nad tym zastanawia? Niewielu.

Definicje. Nie czytaj. A jak czytasz, to jedynie z ciekawości i chęci zgłębienia tematu. Nie po to, by się zmotywować lub zniechęcić. Działaj. Mów, baw się, czytaj dziecku. Jak cię ktoś skrytykuje, spytaj, co on zrobił, by ułatwić dziecku podróże, zawieranie przyjaźni z ludźmi z końca świata, czytanie ulubionych książek w oryginale. Pewnie nie zrobił nic. Ci, którzy coś robią, wspierają innych, dzielą się doświadczeniem. Otaczaj się mądrymi ludźmi. To nie zawsze są ci, którzy recytują definicje.

Tyle refleksji na dziś. Dziękuję.

 

Jeśli ten artykuł jest według ciebie interesujący, przydatny lub inspirujący, proszę o polubienie mojego profilu FB i przekazanie dalej. Pozwoli mi to dotrzeć do większej liczby osób takich jak ty i ja. Dziękuję serdecznie!
Please follow and like us:
FACEBOOK
Instagram

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *