dwujęzyczność zamierzona
Nauka języków w teorii

Czy mamy wpływ na preferencje językowe naszych dzieci?

Bardzo, bardzo, baaardzo często słyszę pytanie od rodziców chcących wkroczyć na drogę wychowania dwujęzycznego: „jaki język wybrać?” No jaki? No właśnie. Fejsbuki, fanpejdże, blogi i YouTuby radzą, by wybrać ten język, którym posługujesz się najbardziej swobodnie. Język, który jest „językiem serca”. Język, w którym można wyrazić siebie i swoje emocje najlepiej, najsprawniej i intuicyjnie. No i oczywiście poprawnie językowo, to ważne.

To wszystko ma sprawić, że nasze dziecię pozna język dogłębnie, do kości i będzie umiało posługiwać się nim równie intuicyjnie, co poprawnie. Niektórzy twierdzą, że takim językiem jest jedynie język ojczysty, inni są mniej radykalni (takich jest większość) i uznają, że każdy język obcy nadaje się do tego, żeby go wprowadzać jako element wychowania.

Z dwujęzycznością, zamierzoną i niezamierzoną, wiążą się zazwyczaj oczekiwania rodziców, aby dziecko preferowało któryś język. Lub aby przynajmniej nie stawiało oporów w posługiwaniu się językiem, na którym nam „zależy”. Ideałem byłoby, aby dziecko posługiwało się wszystkimi wprowadzanymi w obrót językami równie swobodnie, intuicyjnie, poprawnie i chętnie, ale taki balans to zazwyczaj marzenia ściętej głowy. Zazwyczaj jest też tak, że dzieci się „buntują”, preferują któryś język, nie zawsze ten, na który kładziemy nacisk, co u niektórych rodzi pytania, frustrację i strach o przyszłość dziecka.

Hana – historia prawdziwa.

A ten wpis właściwie urodził się w mojej głowie po obejrzeniu podróżniczego programu „Jestem z Polski” na Travel Channel. Bohaterem odcinka był facet z fikuśnym blond kucykiem na głowie, Maciek, który opowiedział o swoim życiu w Tajlandii i pokazał telewidzom jedzącym kolację swoją piękną żonę, dzieci i dom. Ale mnie zainteresowała w szczególności właśnie kwestia wielojęzycznego środowiska, w jakim wychowywały się dzieci. Maciek zresztą też zwrócił uwagę na jedną ciekawą rzecz, o której już opowiadam.

Kontekst: żona Maćka, Jasmine mieszka w Tajlandii, ale pochodzi z Indii, a jej językiem ojczystym i zarazem „językiem serca” jest nepalski. Z dziećmi rozmawia w tym języku. Maciek oczywiście po polsku. Dzieci na co dzień miały kontakt również z lokalnym językiem tajskim, a ponieważ rodzice rozmawiali ze sobą po angielsku, więc i angielski był składnikiem tego językowego ciasta. Wszystkie te języki towarzyszą dzieciom na co dzień, w dużej „ilości” i od urodzenia. Chłopczyk to był mały brzdąc, ledwie mówił jeszcze, ale mówił. Z łatwością przeskakiwał z języka na język w zależności od tego, z kim chciał pogadać. A dziewczynka, trochę starsza, przedszkolak o imieniu Hana wywinęła wszystkim numer, jakiego się nie spodziewali. Jej „językiem serca” stał się… angielski.

Jak i dlaczego? Nikt nie wie. W rodzinie, w której dwujęzyczność zamierzona (angielski) miesza się z niezamierzoną (pozostałe języki), dziewczynka uparła się na angielski. I za nic ma sobie argumenty większości teoretyków, że „język serca” rodziców, że to, że tamto. Mówi biegle we wszystkich językach, ale angielski lubi najbardziej. Pomimo, że tata obstawił pokój córki polskimi książkami, że je córce codziennie czyta przed snem, że z córką po polsku rozmawia, pomimo, że językiem uczuć w kontakcie Hany z mamą jest nepalski, że otoczenie Hany to język tajski, Hana preferuje angielski. Gdy tylko tata kończy czytać bajkę po polsku, ona prosi, by jej teraz opowiedział to samo po angielsku. I jak to zrozumieć? Angielski jest przecież w tej rodzinie jedynym językiem nienatywnym. Natomiast przez otoczenie dziewczynka traktowana była jako anglojęzyczna. Tak!

Wniosek: wspieraj, nie napieraj i ciesz się z każdego sukcesu.

Co poszło nie tak? Wszystko poszło TAK. Dlaczego dziecko preferuje taki, a nie inny język? A dlaczego woli banany od jabłek? A dlaczego nam się bardziej podoba francuski od włoskiego, chociaż żadnego z tych języków nie znamy? Ponieważ i my i nasze dzieci jesteśmy ludźmi. Ludźmi, którym coś pasuje lub nie. Bez wyraźnego powodu. Albo z jakiegoś powodu. Jako rodzice chcemy, żeby nasze dzieci coś wolały, lubiły, preferowały. Również języki. Czy mamy na te preferencje wpływ? Tak jak i na wszystko w procesie wychowania. Wychowujemy, jak umiemy, a dzieci i tak sobie. I tak do końca życia. Preferencje, również językowe zmieniają się, czasem wielokrotnie w ciągu życia. To naturalne i nie ma co z tym walczyć. Warto natomiast niestrudzenie wspierać dziecko w doskonaleniu języków, zachęcać, bawić się, śpiewać. Ta wspólna aktywność i praca nigdy nie idzie na marne. Dzieci naprawdę potrafią zaskoczyć.

Rodzinę Maćka życie też zaskoczyło, trochę na ich własne życzenie zresztą. Z tego co wiem, przeprowadzili się i aktualnie mieszkają w Wielkiej Brytanii. I co? I mała Hana jakimiś zaklęciami chyba zaklęła rzeczywistość i mieszka w kraju, gdzie jej ukochany język angielski jest z nią od rana do nocy otulając jak kołderką. Czarownica mała z niej jakaś chyba 😊 Jak widać, życie pisze najlepsze scenariusze i podsuwa kolejną szklankę z fusami do wróżenia.

Chcecie, to wskakujcie na bloga Maćka. Jest o podróżach, o jedzeniu, o życiu: SKOK W BOK
I link do odcinka programu na Playerze: KLIK




Jeśli ten artykuł jest według ciebie interesujący, przydatny lub inspirujący, proszę o polubienie mojego profilu FB i przekazanie dalej. Pozwoli mi to dotrzeć do większej liczby osób takich jak ty i ja. Dziękuję serdecznie!
Please follow and like us:
FACEBOOK
Instagram

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *