dwujęzycznośc zamierzona
Dwujęzyczność w naszym domu

Jak znajduję czas na wprowadzanie dziecku trzech języków obcych. Przykładowy plan dnia.

Jak znajduję czas na wielojęzyczność zamierzoną, czyli wprowadzanie dziecku trzech języków obcych? Ci, dla których temat ten jest mało znany, wyobrażają sobie zapewne, że wiąże się to z nieustającym drylem, nauką i wypełnieniem dziecku czasu pod korek. Ci natomiast, którzy temat znają i takie próby podejmują, mają nieraz kłopot z organizacją. Bo jak to wszystko pogodzić, ile czasu poświęcić na dany język, kiedy i w jaki sposób go wprowadzać?

Zarówno pytań, jak i rozwiązań jest wiele i nie ma tu jedynej słusznej drogi. Tak naprawdę nie ma tutaj też jakiejś wielkiej filozofii. A już obawy, czy dziecku się „nie pomiesza”, czy będzie rozróżniać języki, czy w tym wszystkim nauczy się ojczystego to już zupełnie można od siebie odsunąć. Bo praktyka pokazuje co innego. Nie znam dorosłych, którzy cierpieliby pomieszania zmysłów z powodu przyswojonych za młodu języków. A jeśli cierpią na takie zaburzenia, to z pewnością z innych przyczyn.

Nie odpowiem wam tutaj na pytanie, czy na dany język macie poświęcić poniedziałki, czy czwartki. Czy może przed południem mówić po polsku, a po południu po angielsku. Bo tak naprawdę dobra strategia to taka, jaka odpowiada wam i waszym dzieciom. Taka, która wpasuje się w waszą codzienność, możliwości językowe i indywidualność waszego dziecka. Macie naprawdę w tej kwestii ogromną dowolność.

Jako przykład (powtarzam: przykład) podaję wam mój sposób na języki w moim domu. Sposób, rodzaj zabawy i wszelkich aktywności językowych, oraz nakład czasu uzależniony jest przede wszystkim od tego, na jakim poziomie sama znam dany język i jaka jest aktualna dyspozycja mojej córki (albo moja).

Kontekst na chwilę obecną jest taki:
Córka 3,5 letnia, przedszkolak
Języki obce: niemiecki, angielski, hiszpański
Jak wygląda nasz dzień: ja do popołudnia w pracy, córka tyle samo w przedszkolu, natomiast weekendy, wakacje, choroby – całe dnie razem.

dwujęzycznośc zamierzona

Język niemiecki


Niemiecki znam bardzo dobrze i dobrze się czuję mówiąc w tym języku. Język ten jest językiem naszej codziennej komunikacji, odkąd moja córka była niemowlęciem. Funkcjonuje u nas na równi z językiem polskim, którym córka posługuje się w rozmowach z tatą. My obie rozmawiamy prawie wyłącznie po niemiecku w każdej sytuacji. W domu i poza nim.

Dlaczego prawie? Dlatego, że ekspozycja na język ojczysty jest największa i moje dziecko najlepiej czuje się w tym właśnie języku. Jej słownictwo jest najbogatsze, dlatego czasem idzie na łatwiznę i powie do mnie coś po polsku. Ja zawsze staram się nakierować rozmowę na język niemiecki, ale nie fanatycznie jakoś. Też czasem mówię do córki po polsku, a jak przed snem dziecko uprze się na czytanie polskojęzycznej książki, to biorę i czytam. Natomiast wszelkie pytania co do treści, albo przeszkadzanie i wygłupy podczas czytania odbywają się po niemiecku.

dwujęzycznośc zamierzona

Język angielski


Moja znajomość tego języka nie perfekcyjna. Raczej po prostu dobra. Brak mi pełnej swobody posługiwania się tym językiem na co dzień. Dlatego nie zdecydowałam się wprowadzić angielskiego w okresie niemowlęcym, czego teraz bardzo żałuję. Przez lata praktykowania dwujęzyczności zdobyłam mnóstwo wiedzy teoretycznej i nabrałam wprawy we wprowadzaniu języków obcych. Moje pojęcie dwujęzyczności jest obecnie mniej radykalne niż kiedyś było, a wszelkie obawy okazały się niesłuszne. Gdybym trzy lata temu zdecydowała się wprowadzić angielski, moja córka mówiłaby teraz całkiem nieźle po angielsku.

No cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba działać. Dobrym momentem do wprowadzenia angielskiego było pójście dziecka do przedszkola kilka miesięcy temu, gdzie i tak dzieci mają angielski. Wsparcie nauczyciela wydawało mi się ważne. I to się super sprawdza. Angielski z przedszkola przenosimy też do domu. Wygląda to tak:

  • Codziennie wieczorem czytamy lub opowiadamy książki, najlepiej po angielsku. Jak dziecko nie chce, to nie.
  • Codziennie prowadzimy krótkie rozmówki/dialogi/zabawy inspirowane jakąś sytuacją (dosłownie kilka minut!). Np. przy obieraniu ziemniaków nazywamy warzywa czerniejące pod zlewem. Jak się oparzy pokrzywą, mówię jej, że się oparzyła pokrzywą (stinging nettle burns).
  • Codziennie „wrzucam” dziecku jakieś słówko po angielsku w dowolnej sytuacji. Słówko to pojawia się później wielokrotnie w celu utrwalenia. Wszystko w luźnych rozmowach.
  • Od kilku miesięcy mamy zestaw DVD do nauki angielskiego „Tom i Keri”. Tutaj zupełny spontan. Oglądamy, kiedy jest ochota odcinki, które lubimy („przerobiłyśmy” już cały kurs, ale chętnie wracamy do tych historyjek). W zestawie są też flashcards, które córka czasem wyciąga i się bawimy.
  • Sporadycznie tablet i piosenki, wyliczanki, filmiki po angielsku. Tablet cieszy się coraz mniejszym zainteresowaniem.
  • Kiedyś była codziennie książeczka w samochodzie w drodze do przedszkola, albo piosenki z kursu Tom i Keri, ale ostatnio jest faza na piosenki Fasolek, więc śpiewamy o Kulfonie.
  • Czasem gra planszowa z kartami w języku angielskim. Dziecko chce – gramy, nie chce – nie gramy.

Tyle da się bez problemu razem zrobić, żeby angielski był obecny w naszym domu. To są popołudnia i wieczory. Kilka – kilkanaście minut dziennie, więcej czasu to nie zajmuje. Chyba, że jest faza na Toma i Keri, wtedy dłużej.

dwujęzycznośc zamierzona

Język hiszpański


To był skok na głęboką wodę. Moja znajomość tego języka jest zerowa plus. Uczymy się razem podstaw od kilku miesięcy. Jak utrzyma się zainteresowanie córki tym językiem (póki co jest duże), to ją oddam w szpony profesjonalistów. Obecność języka hiszpańskiego jest w naszym domu plus minus symboliczna, nie przekracza kilkunastu minut dziennie, w różnych odsłonach.

  • Zaczęło się spontanicznie od piosenek na ulubiony temat. Słuchałyśmy codziennie w drodze do przedszkola dwóch ulubionych.
  • Czasem czytamy/omawiamy obrazki/zapamiętujemy słówka z prostych książeczek, zazwyczaj przed snem.
  • Codziennie, jak w przypadku angielskiego, „wrzucam” na warsztat jakieś słówko lub wyrażenie, które już z nami zostaje i jest w użyciu.


Tylko tyle i aż tyle. Wystarczy, żeby dziecko zainteresować i pokazać mu świat tego języka. Moim celem nie jest nauczenie córki hiszpańskiego (bo i skąd, na głowę nie upadłam), ale właśnie wprowadzenie podstaw, a tyle jestem w stanie zrobić.
W przygotowaniu się do tych hiszpańskojęzycznych zabaw pomagają mi dobrzy i kompetentni ludzie znający ten język, internet i aplikacja. Mama Lingua w wersji płatnej polecona przez Elo Pomelo (niecałe 10 zeta) okazała się bezcenna. Można uczyć się słówek i całych wyrażeń z życia codziennego i używać ich sobie do woli.

Tak to u nas wygląda z grubsza. Najwspanialszą rzeczą w tej naszej wielojęzycznej drodze jest to, że w domu nie panuje atmosfera nauki. Języki są częścią naszego życia i zabaw. Dobrze jest sobie coś poplanować (nawet zapisać), ile czasu chcielibyście poświęcić dla danego języka i jakby to miało wyglądać. Ale pamiętajcie, że chociaż konsekwencja i systematyczność są bardzo ważne, to każdy plan musi być elastyczny i dopasowany do danego dnia. Czasem jest tak, że trzeba sobie powiedzieć „nie dzisiaj”. Dzieci to nie maszyny, nawet, jeśli wypełnianie pieluch i  nocne pobudki wydają się być czynnościami zautomatyzowanymi 🙂

Zapraszam również do przeczytania artykułu „Ile języków jednocześnie można uczyć swoje dziecko”. Temat spokrewniony, ujęty z nieco innej perspektywy. Pozdrawiam cieplutko!

 

Jeśli ten artykuł jest według ciebie interesujący, przydatny lub inspirujący, proszę o polubienie mojego profilu FB i przekazanie dalej. Pozwoli mi to dotrzeć do większej liczby osób takich jak ty i ja. Dziękuję serdecznie!
Please follow and like us:
FACEBOOK
Instagram

2 komentarze

  • Monika z Elo Pomelo

    Dziękuję, że o mnie wspomniałaś.
    W domu wprowadzamy identyczny komplet języków i też każdy w innej proporcji i z innymi oczekiwaniami.
    Niemiecki, choć kiedyś znałam bardzo dobrze, mi się przykurzył, ale odświeżam go razem z dziećmi czytając im czasem jakieś książki lub zmieniając język Psiego Patrolu na Netflixie. I mam świadomość, że nie osiągną tym biegłości, ale na pewno poznają podstawy i zbudują solidny fundament pod dalszą naukę tego języka, którego aż wstyd się nie uczyć mieszkając w Polsce, skoro posługują się nim nasi sąsiedzi, którzy chętnie otwierają oddziały swoich film w Polsce lub nawiązują relacje biznesowe z polskimi przedsiębiorcami, tak po sąsiedzku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *