błędy językowe dwujęzyczność
Nauka języków w teorii

Bożena rezygnuje z dwujęzyczności ze strachu przed błędami językowymi. Nie bądź jak Bożena.

Kilkanaście lat temu pojechałam na wesele przyjaciółki, a że blisko nie było, trochę u niej pomieszkałam. Byłam wtedy świadkiem takiej mniej więcej rozmowy między nią i jej bratem:
– Gdzie mama?
– Poszła nad dom.
– A tata?
– W ogródku, pod domem.

Wiele w życiu słyszałam, ale takiego dziwactwa językowego jeszcze nigdy. Ogródek pod domem skojarzył mi się od razu z nielegalną piwniczną plantacją wesołego ziela, a matki lewitującej nad domem nie umiałam sobie jakoś wyobrazić. O co w tym pokręconym dialogu chodziło, wyjaśnię dalej.

Tematem posta są właściwie błędy językowe i strach przed ich popełnianiem. Błędy językowe są czymś, co wielu z was paraliżuje i powstrzymuje przed wprowadzeniem dwujęzyczności waszym dzieciom. Mam nadzieję, że uda mi się przynajmniej część z was ośmielić i strach ten zepchnąć poza margines.

Popełniania błędów boją się rodzice, którzy niespecjalnie pewnie czują się z językiem dla nich obcym. Są przekonani, że lepiej nie mówić do dziecka w języku, którego samemu nie zna się perfekcyjnie. Błędy rodziców dziecko powiela, powtarza i przyzwyczaja się do błędnych struktur językowych. Trudno się z tym nie zgodzić. Błędy błędami, ale dlaczego wzbudzają one takie obawy? Dlaczego rodzice dochodzą do wniosku, że lepiej dziecko nie uczyć języka, niż uczyć go „źle”?

błędy językowe dwujęzyczność

1. Dziecko mówiące nieprawidłowo nie zostanie właściwie zrozumiane.

A kto z was zrozumiał, o co chodzi w przytoczonym przeze mnie dialogu? Ręka w górę! Dialog ten jest całkowicie prawidłowy pod każdym względem. Aby zrozumieć, gdzie ci rodzice w końcu są, trzeba znać kontekst całej sytuacji: weselicho odbywało się w podrzeszowskiej zabitej dechami wsi Gwoździance, którą kamery Google szukają do tej pory. Gwoździanka położona jest w górzystym terenie, nie ma tam praktycznie domu, który stałby na czymś poziomym. Większość z nich stoi na skarpach. Gdy tak siedzieliśmy na tarasie, matka była faktycznie „nad domem”, bo sad, po którym się błąkała, znajdował się na skarpie, wyżej od domu. Druga cześć ogrodu z naszej perspektywy faktycznie była „pod domem”, czyli na terenie położonym niżej. Moja przyjaciółka i jej brat musieli mi to wytłumaczyć, bo ja najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam, o czym oni mówią. Ja powiedziałabym, że matka jest za domem, a ojciec przed domem, bez względu na ukształtowanie terenu. Ale w tamtych okolicach mówi się inaczej.

Całe to nieporozumienie działo się w obrębie jednego języka, zrozumiałego zazwyczaj dla nas obu. Wymagało ono wyjaśnienia, bo dla reszty kraju nad domem są chmury i słońce, a pod domem piwnica i krety. Natomiast do tej pory nie wiem, jaki owoc jest mieszkańcom Gwoździanki znany jako „jagody”. Nie, nie, to nie te w lesie. Oni jagodami nazywają jakieś inne tajemnicze owoce.
Tak więc widzicie, niezrozumienie czyjejś wypowiedzi jest częścią rzeczywistości. Nieporozumienia dzieją się też wtedy, gdy wszyscy mówią prawidłowo. Na niezrozumienie rozmówcy składa się wiele czynników. Ale po to człowiek ma język, żeby mówił, więc zawsze można dopytać, sprecyzować, poprawić. Nie ma w tym niczego ani wstydliwego, ani złego. Więcej nawet, takie rozmowy nierzadko rozluźniają atmosferę, zmniejszają dystans między ludźmi i tworzą więzi. To źle, czy dobrze, że tak się zapytam?

2. Niektóre błędy ulegają utrwaleniu i nie da się ich oduczyć.

Tak, niektóre błędy ulegają utrwaleniu. Ale zapewniam, każdy jest w stanie pozbyć się błędnych nawyków językowych. To jest tylko i wyłącznie kwestia potrzeby i motywacji. Tam, gdzie istnieje potrzeba lub wręcz przymus perfekcyjniej i nieskazitelnej znajomości języka, można się tego języka perfekcyjnie nauczyć. Bo są sytuacje, gdzie nie ma innej możliwości. Osoby pracujące w dyplomacji lub w służbach wywiadowczych często mają za sobą katorżnicze kursy językowe, które „robią” z nich doskonałych użytkowników języków obcych, nie do odróżnienia od użytkowników natywnych. Bo jest tam taka konieczność, bo od znajomości języka zależy to, czy trafi się do Rosjan na tortury, czy na wspólne picie wódki.
Jeśli ktoś pomimo intensywnych kursów nadal popełnia wciąż te same błędy, to dlatego, że może sobie na nie pozwolić. A skoro może sobie na nie pozwolić, to znaczy, że życie toczy się nadal i nie dzieją się dramaty. Warto więc mówić z błędami, ale mówić? No chyba warto.

3. Akcenty i wymowa zdradzają, że nie jest się rodzimym użytkownikiem języka.

A jak do tego dojdzie przekonanie, że obcy akcent w jakiś sposób kompromituje człowieka lub stawia go na jakieś „gorszej” pozycji w stosunku do natywnego rozmówcy, to faktycznie nic, tylko sobie coś zrobić. Łolaboga! Pomyślcie ludzie: wystarczy wyjechać na wieś, albo dalej, do innego regionu Polski, żeby słyszeć tysiące brzmień, melodii, akcentów. One są częścią tożsamości językowej, kulturowej etnicznej. Akcent to wartość.

Akcent obcokrajowca świadczy o tym, że nie jest się native speakerem danego jezyka. I tylko o tym. Obcy akcent to nie pretekst do wyśmiewania, to wspaniały pretekst do zbliżającego ludzi dialogu: „Skąd jesteś? Co tu robisz?” Nie zależy mi na tym, żeby Niemiec myślał, że jestem Niemką. Jestem Polką mówiącą po niemiecku. Komplement ze strony Niemca dotyczący mojej znajomości języka jest zwieńczeniem mojej wieloletniej pracy i wielką satysfakcją. I tyle.

4. Utrwalone błędy mogą stać się problemem w wieku szkolnym.

Co oznacza słabsze oceny z testów, klasówek i ambicje nauczycieli, żeby za wszelką cenę nauczyć lepiej, niż rodzic w domu. To ja mam na to sentencję, którą pamiętam z łacińskiego lektoratu: „Non scholae sed vitae discimus”. Uczymy się nie dla szkoły, lecz dla życia. Schluss. Z własnego doświadczenia wiem, że ta sentencja ma sens.

błędy językowe dwujęzyczność

Kto bywa na moim blogu ten wie, że jestem zadeklarowaną i fanatyczną zwolenniczką wychowania w duchu dwujęzyczności nawet wtedy, gdy sukces tego przedsięwzięcia wydaje się mało prawdopodobny, bo rodzic nie zna języka wystarczająco dobrze, albo wcale, bo strach, że dziecku poprzestawia się w głowie i zacznie mieszać języki i bredzić, jak potłuczone, bo dziecko za stare (tak jest, rodzice miewają za stare dzieci!) bo to, bo tamto. Tak i teraz gorąco namawiam do tego, by przestać analizować wszelkie „za” i „przeciw” i pomimo ryzyka popełniania błędów, wprowadzić języki obce w waszych domach.

Nie chcę być źle zrozumiana, nie namawiam nikogo do niedbalstwa językowego. Sama uważam się za osobę ambitną i tę cechę bardzo cenię u innych. Uważam, że należy rozwijać się, douczać i dbać zarówno o poprawność językową, jak i o staranną wymowę. Sama to robię. Ale niedoskonałość językowa nie powinna rodziców paraliżować, a strach przed błędami nie może zabetonować waszych głów. Beton później skuwa się długo i w pocie czoła. Według mnie zawsze warto podjąć wyzwanie. Zawsze!

 

Jeśli ten artykuł jest według ciebie interesujący, przydatny lub inspirujący, proszę o polubienie mojego profilu FB i przekazanie dalej. Pozwoli mi to dotrzeć do większej liczby osób takich jak ty i ja. Dziękuję serdecznie!
Please follow and like us:
FACEBOOK
Instagram

5 komentarzy

  • tarapatka

    Mam 4-letniego syna i kiedyś sobie obiecałam, że chciałabym, aby znał naprawdę dobrze, żeby nie powiedzieć biegle, chociaż jeden język obcy. Sama nigdy nie byłam i nie jestem biegła w żadnym, chociaż dogadać się dogadam 😉 Ale ten tekst jeszcze bardziej mnie uświadomił, że małymi kroczkami, ale można działać i iść do przodu zaszczepiając w dziecku naukę języka obcego 😉

    • GadkaGagatka

      A pewnie! 4 latka to wspaniały wiek na naukę języków! Warto chociaż spróbować pouczyć się razem, w domu, przy książeczkach i piosenkach. Chociaż spróbować! Pierwsze efekty dodają skrzydeł, nawet jeśli tym efektem jest „jedynie” sygnał, że dziecko rozumie, co się do niego mówi.

  • Monika Kilijańska

    Jak bardzo utrwalone błędy są później piętnem widzę po moich dzieciach. Dopóki są małe, to fajnie jak przekręcają słowa, ale potem ciężko je nauczyć, że mały kot to kotek a nie totek, a budynek szkolny to nie śkoła a szkoła.

  • Anita

    Co za wpis! Wspaniały! 🙂 Uwielbiam przeglądać Twój blog po prostu! Trafiłam na niego kilka tygodni temu i dzięki takim wpisom właśnie ocknęłam się i odważyłam mówić do dziecka po włosku. Włoskiego nauczyłam się pomieszkując we Włoszech jako studentka, ale daleko mi do perfekcji w tym języku. Ale postanowiłam, że nie odpuszczę. Zaczęliśmy od piosenek, zamówiłam książeczki dla dziecka, na które czekam. Włoski jest u nas językiem codziennym. Mąż jest zachwycony, chociaż to dla niego całkiem nowa sytuacja. Syn ma 14 miesięcy, mam nadzieję, że jego pierwsze prawdziwe słowa będą po włosku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *