hiszpański dla dzieci
Dwujęzyczność w naszym domu

W jaki sposób uczę swoje dziecko języka, którego sama nie znam?

Jakiś czas temu opublikowałam post, w którym pochwaliłam się wprowadzeniem trzeciego obcego języka do naszej codzienności – hiszpańskiego TUTAJ. Sytuacja ta jest o tyle niecodzienna, że nie znam hiszpańskiego i nie mam z tym językiem na co dzień dużego kontaktu.

Do tego karkołomnego posunięcia zachęciły mnie osoby siedzące od lat w temacie dwujęzyczności zamierzonej. Siedzące teoretycznie, praktycznie, piszące rozprawy naukowe, piszące blogi tematyczne, czytające fachową literaturę i dzielące się swoją wiedzą. Grzech z tej wiedzy nie skorzystać. A ponieważ znajomość języków obcych otwiera umysł i wrota do całego świata, postanowiłam pootwierać w głowie mojej i mojej córki wszystko, co się jeszcze dało pootwierać.

W zasadzie niewiele rzeczy w życiu robię tak zupełnie bez zastanowienia, zazwyczaj staram się sobie wszystko jakoś poukładać. Trochę się szarpałam z myślami, czy poświęcać czas, którego nie mam wcale tak dużo, na dodatkowy język. Bałam się trochę, że sytuacja mnie przerośnie, że się zapalę, a później się spalę i że stracę czas. Ale przemyślałam temat i opracowałam sobie plan działania, który wydał mi się sensowny i co najważniejsze wykonalny.

Po co plan?

Plan przede wszystkim ułatwia zabranie się do roboty. Pozwala usystematyzować własne pomysły, które często pojawiają się w dużej ilości i naraz, pozwala zorganizować sobie czas i materiały, z których będziemy korzystać. Plan może być spisany, lub tylko przechowywany w głowie. Ważne, żeby sobie taką strategię działania opracować, bez względu na to, czy się jest osobą z natury zorganizowaną, czy nie. Z czasem działa się już z automatu, ale początki są zawsze najtrudniejsze, szczególnie, gdy wprowadzany język jest nowy nawet dla rodzica.

Moją strategię działania mogę streścić w kilku punktach. W 100% sprawdził mi się każdy z nich.

Sprecyzowałam sobie cel.

Bardzo dużo napisałam o tym w poprzednim poście o hiszpańskim, w związku z tym bardzo króciutko: chcę wprowadzić moje dziecko w świat języka hiszpańskiego, chcę sama dla siebie ten język choć trochę poznać oraz chciałabym dać córce coś w rodzaju bazy do dalszej nauki, o ile będzie chętna tę wiedzę i umiejętności kiedyś zgłębiać.

Aby uczyć swoje dziecko, sama najpierw muszę coś umieć.

Trudno to przeskoczyć. Trzeba być zawsze o krok przed swoim dzieckiem, jeśli chcemy mu przekazywać jakąś wiedzę. Ja zrobiłam tak:
Najpierw odświeżyłam swoją zakurzoną wiedzę i wyciągnęłam samouczek, który kiedyś trochę przerobiłam. Polecam takie proste samouczki, trudno się z nich na poważnie nauczyć języka, ale dają one jakieś ogólne pojęcie. Szczególnie te z płytami CD, można się osłuchać wymowy, akcentów i melodyki.

Piosenki: dla mnie to świetne źródło nauki języka. Zawsze, gdy podobała mi się jakaś piosenka, od razu szukałam tekstu i tłumaczenia. W czasach internetu jest to łatwiejsze, niż kiedykolwiek wcześniej. Będąc dzieckiem polowałam na te święte teksty w gazetach, wycinałam, uczyłam się na pamięć, śpiewałam i przechowywałam w złotej szkatule zamykanej na szmaragdowy klucz. Dalej tak robię. Już kilka lat temu wydrukowałam sobie Banderasa Desperado, Juanesa ze świetną partią na gitarę w La camisa negra, żeby pośpiewać i wiedzieć o czym, a ostatnio Libre soy, bo córka uzależniła się od Krainy Lodu, a muzyczna końcówka tej półlegalnie ściągniętej z netu bajki jest po hiszpańsku. Mam też libretto do naszej ulubionej piosenki o planetach. Ściągam i uczę się. A później i tak okazuje się, że córka pamięta lepiej ze słuchu… Ech, młodzi.

Tak samo, zanim przekażę jakąś książeczkę w pazerne łapy dziecka, sama ją najpierw przeglądam, a jak trzeba, to doklejam tłumaczenia słówek tam, gdzie trudno mi je zapamiętać.

Ile czasu i kiedy poświęcamy na hiszpański?

Plan był taki, żeby hiszpański był u nas zupełnie na spokojnie, czyli w każdy weekend chciałam na ten język poświęcić kilkanaście minut. Tylko tyle, żeby dziecko wciągnąć i zainteresować językiem, ale absolutnie nie przeciążać. Moim zdaniem, lepiej założyć sobie łatwiejszy scenariusz, taki, który na pewno jesteśmy w stanie zrealizować. Wtedy nie zniechęcą nas porażki, ani brak czasu. Zawsze można sobie dołożyć roboty, o ile okoliczności są ku temu sprzyjające. Moja metoda to metoda małych kroków. Póki co skuteczna.

Tyle teorii. W praktyce okazało się, że wystartowałyśmy z językiem wcześniej, niż zakładałam, bo przypadkowo trafiłyśmy na hiszpańską piosenkę o planetach. To zapoczątkowało reakcję łańcuchową. Córka zaczęła zadawać niewygodne pytania w stylu „a jak to będzie po hiszpańsku?” i zmuszona byłam szukać słówek w tym języku. Tak więc z kilkunastu minut w weekendy zrobiło się codziennie, krótkie epizody, ale jednak. Tak mamy do dzisiaj.

Z czego korzystamy?

Mama: aby sama czegoś się nauczyć, wskakuję codziennie do FB. Mam tam super wsparcie.

Serio Iberio – blog i profil FB. Codziennie czytam nowy pościk i staram się zapamiętać jedno słówko przynajmniej (metoda małych kroków). Zdarza mi się też sensownie wypełnić ankietę.

El Chiquitín – polecam szczególnie profil na FB i tam niemalże codziennie jestem. To uroczy fajny projekt dla mam chcących uczyć hiszpańskiego bez względu na własny poziom znajomości języka. Znajdziecie tam ciekawe materiały, linki do piosenek, propozycje zabaw z dziećmi. Dla mnie to aż za dużo na raz, ale jeśli ktoś ma ochotę wejść w temat na poważnie, to tutaj można poszaleć.

Zaglądam też na blogi Los Gatos  i Elo Pomelo. Polecam nie tylko ze względów językowych.

Niezależnie od tego, zawsze mam pod ręką aplikację PONS, która już nieraz uratowała mi tyłek, gdy córka koniecznie (koniecznie i natychmiast) żądała wiedzy na jakiś temat. Aplikacja to oczywiście uproszczenie, bo słówka wyjęte z kontekstu nie zawsze mają zastosowanie do konkretnej sytuacji, niemniej jednak jest to wielce pomocna rzecz.

Córka: wydaję ciężko zarobione monety na książeczki, często coś drukuję z netu na gotowo, albo sama tworzę. Odpalamy też Youtube w celu wspólnego odśpiewywania ulubionych piosenek.

Książeczki: nasz faworyt na początek to Donde esta la oveja verde? / Where Is the Green Sheep? Dwujęzyczna książeczka z prostym tekstem i uroczymi obrazkami. Uwielbiamy! Absolutne numero uno w naszej biblioteczce. Nigdy jej nie sprzedam.
Mamy też Juega con los contrarios. Ta akurat mniej mnie przekonuje, bo jest mało intuicyjna dla kogoś, kto nie zna języka. Ale córce jakoś pasuje. Oczywiście podoklejałam tłumaczenia, żeby się nie zamotać.

 

Spreparowałam czterojęzyczny kalendarz dni tygodnia. Forma jest specjalnie dostosowana do zainteresowań i fisiów mojej córki. Córka uczyła się dni tygodnia w przedszkolu licząc na palcach, stąd każdemu dniowi odpowiada cyfra. No i oczywiście kolejna planeta Układu Słonecznego, bo jakże. Musi być. Już tych planet to nawet nie podpisywałam, bo dziecko rozpoznaje je nawet w ciemnej piwnicy, więc nie zaśmiecałam dodatkowym tekstem.

Gdyby ktoś chciał, to może się częstować.
Do pobrania w wersji pdf na gotowo: dni tygodnia
I w formacie do edycji, można wywalać i wstawiać co się chce: dni tygodnia

Zrobiłam dwie książeczki o kosmosie z materiałów pobranych z sieci. Bardziej dla mnie, niż dla dziecka, ale oglądamy obie i uczymy się słówek. Za trudne to jeszcze, żeby czytać, ale coś nam zawsze w głowach zostaje po każdym przekartkowaniu.

 

Piosenki: na własnym przykładzie przekonałam się, że warto, warto i raz jeszcze warto. Piosenki to dla dzieci bezcenna okazja do nauki, inspiracji i zabawy. Poniżej linki do naszych ulubionych:

Ocho planetas: (jest też po angielsku, gdyby ktoś chciał): aquí
Mercurio (są też piosenki o innych planetach, ale ta jest nasza ulubiona): aquí
Kraina Lodu: aquí i tekst z tłumaczeniem: aquí

Trzymam się zasady: dobry plan to plan elastyczny, czyli podążaj za dzieckiem.

Tak, tak. Niejeden mój pomysł wymagał weryfikacji. Od częstotliwości kontaktu z językiem (miało być rzadziej, jest częściej), do formy nauki. W zamyśle nauka dni tygodnia miała wyglądać tak, że każdego dnia zmieniamy kartkę naszego kalendarza na lodówce. Dziecko jednak uparło się, żeby powiesić wszystkie na raz, później kartki były zdejmowane i znowu przyczepiane, zupełnie przypadkowo. Postanowiłam odpuścić i docenić zainteresowanie kalendarzem w formie chaotycznej. Tak więc wiszą te kartki na drzwiach lodówki, zmasakrowane, ale czytane i powtarzane i o to chodziło. Będą wisieć, aż się opatrzą, albo pies je zeżre.

Ponieważ nie czeka nas żaden egzamin, a materiał nie musi być zrealizowany, nie jesteśmy pod żadną presją. Opanowujemy wiedzę w tempie wolnym, spokojnym, ale konsekwentnie. Można by mi zarzucić, że to nie nauka, ale prowizorka i szkoda na to czasu. Że to wszystko jakieś rozwleczone i niekonkretne, że jedno słówko dziennie to lenistwo. Cóż. Jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził. Przy swobodnym trybie nauki można mi zarzucić lenistwo i brak konkretu, przy intensywnym można się przyczepić, że moja córka pada ofiarą moich przerośniętych ambicji. Taki tryb nam jednak odpowiada, jak się wkręcimy, to pewnie będzie tego hiszpańskiego z biegiem czasu więcej. Myślę, że i tak mamy co robić: niemiecki jest naszym językiem codziennej komunikacji, angielski jest bardziej do zabaw i książeczek, a hiszpański to już dodatkowa atrakcja.

Nasze dotychczasowe sukcesy.

Udało się nam więcej, niż planowałam: piosenki o planetach znamy na pamięć i je rozumiemy. Umiemy liczyć do dziesięciu, znamy dni tygodnia, planety i inne ciała niebieskie i potrafimy określić jednym-dwoma słówkami każdą z planet (która jest mała, która jest zimna, która jest czerwona). Znamy kilka kolorów i słówka z książeczek (nie wszystkie). Córka zaskakuje mnie czasem wiedzą, o którą jej nie podejrzewałam, bo od ciągłego powtarzania zapamiętała coś moim zdaniem trudnego. Nasz aktualny staż to pięć miesięcy sporadycznego kontaktu z językiem. Myślę więc, że warto podejmować wyzwanie nawet wtedy, gdy język obcy jest naprawdę dla wszystkich nieznany. Mam ogromną satysfakcję, że kroczek po kroczku idziemy do przodu, ja i moja trzyletnia córeczka.

 

Wniosek z tej historii jest taki, że można uczyć swoje dziecko języka, którego samemu się nie zna i gdy nie ma się zbyt wiele czasu. Wystarczy motywacja, pozytywne nastawienie i wiara w siły własne i waszego dziecka. Cała reszta to szczegół. Oczywiście nie ma jednej słusznej drogi. Ja opisałam swoją. Tak naprawdę scenariusz tej przygody w dużej mierze piszą dzieci, a każde jest wyjątkowe.

 

Jeśli ten artykuł jest według ciebie interesujący, przydatny lub inspirujący, proszę o polubienie mojego profilu FB i przekazanie dalej. Pozwoli mi to dotrzeć do większej liczby osób takich jak ty i ja. Dziękuję serdecznie!
Please follow and like us:
FACEBOOK
Instagram

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *