angielski w przedszkolu
Dwujęzyczność w naszym domu

Angielski w przedszkolu – nasze pierwsze doświadczenia.

W tym tygodniu w przedszkolu mojej córki miały miejsce pokazowe zajęcia dla dzieci i ich rodziców. Tak więc nauczyciele tańca, karate, muzyki i innych aktywności dwoili się i troili, żeby zachęcić rodziców do zapisania pociech na dodatkowe „lekcje”. Pomimo, że nie miałam możliwości urwania się z pracy, żeby te wszystkie pokazy obejrzeć, to zapisałam córkę na zajęcia, które moim zdaniem mogą sprawić jej radość i spełnić moje marzenia o zostaniu tancerką, karateką, sławnym muzykiem i jeszcze Bóg wie kim 🙂

Nie odpuściłam jednak jednych zajęć, zajęć z angielskiego prowadzonych przez native speakera. Jako, że języki obce to temat memu sercu szczególnie bliski, postanowiłam zobaczyć, jak takie zajęcia z grupą najmłodszych w naszym przedszkolu wyglądają. Nie po to, żeby szukać haków na panią/pana, nie po to, żeby wyjść z poczuciem „Ja bym to zrobiła lepiej/inaczej/mądrzej”, ale po to, żeby nauczyciela poznać i czegoś się od niego nauczyć. Należę do tej grupy matek, które pozwalają nauczycielom i wychowawcom pracować i nie wtrącają się, o ile nie dzieje się dziecku jakaś oczywista krzywda. Zawsze ktoś zrobiłby coś inaczej.

Zajęcia były po prostu świetne, podobały się zarówno mamom, jak i dzieciom, było to widać, jak na dłoni. Pan Milan natomiast swoją uroczą osobą zaprezentował, jaki powinien być nauczyciel języka w grupie małych dzieci i jak powinien pracować, żeby dzieciarnia i świetnie się bawiła i czegoś się nauczyła. Była to dla mnie wspaniała inspiracja do zabaw w domu z moim dzieckiem. Tak właśnie wyobrażałam sobie przedszkolnego anglistę. Mam nadzieję, że pod nieobecność rodziców pan Milan nie objawi jakiejś swojej mrocznej drugiej twarzy i nie będzie kazał dzieciom klęczeć na grochu i napisać sto razy w zeszycie „już nigdy nie zapomnę słówek”. Zobaczymy.

Oto krótka subiektywna charakterystyka naszych zajęć z angielskiego:

1. Nauczyciel jako pan niezwykle atrakcyjny.

Atrakcyjny dla dzieci, czyli im bardziej oryginalny, tym lepiej. Do sali wszedł mężczyzna postawny, doskonale wyrzeźbiony, trochę na wzór Świętego Mikołaja. Długi włos, uśmiech od ucha do ucha. Na sam jego widok śmiała się gęba. Wszyscy siedzieliśmy w kółeczku, chłopcy patrzyli jak urzeczeni, widząc w nim od pierwszego wejrzenia najlepszego kumpla, a co odważniejsi skubali mu włosy na rękach. Tylko moja córka siedziała mi na kolanach przerażona. Chwilę później dołączył do grupy mały Adaś i również się przeraził.

Dzieci lubią ludzi trochę odbiegających od normy, stąd ich zainteresowanie klaunami, ludźmi na szczudłach i aktorami w teatrach dziecięcych. Jeśli nauczyciel sam z siebie wygląda na zwyczajnego i zrównoważonego, fajnie, żeby w pracy z dziećmi umiał się chociaż trochę wygłupić. To zawsze działa jak magnes.

2. Na zajęciach nie padło ani jedno słowo po polsku.

Nie dał się pan ani razu sprowokować, o nie! Nie pomagały błagalne sugestie dzieci „nie rozumiem, co do mnie mówisz”. Pan Milan dotąd pokazywał, aż mały zrozumiał. Do zabaw wciągano również nas – rodziców, którzy podskórnie czuli, ze też mają obowiązek mówić po angielsku. A po co? A po to, żeby dzieci widziały rodziców w akcji, mówiących w języku, którym być może nigdy przy dziecku nie mówili. To dla dzieci bardzo motywujące, bo widzą, że skoro mama mówi po angielsku, to tak właśnie czasem trzeba mówić.

3. We wszystkich zabawach brało udział każde dziecko bez wyjątku.

Z wyjątkiem (jednak!) mojej Kasi i jej kolegi Adasia. Ich przerażenie zamieniło się w nieufność. Poza tym, każde dziecko rzucało piłeczką, liczyło kropeczki, witało się z Hipciem i mówiło swoje imię. To podstawa. Dziecko musi być aktywne, musi się ruszać i mówić. Tym bardziej, że w grupie przedszkolnej nauka odbywa się tylko i wyłącznie poprzez zabawę, nikt nie robi notatek, ani nie dostaje pracy domowej. Są zajęcia tu i teraz.

4. Pacyfikacja niesfornych.

W każdej grupie znajdą się dzieci nie tylko odważne, ale również nieposłuszne i wiecznie przeszkadzające. Co z nimi zrobić? Pan Milan miał prosty i skuteczny sposób: nie napominał, nie tracił czasu na przywoływanie do porządku, ale przekierowywał nadmiar energii na lepsze tory. Chłopaków, którzy chcieli zabierać piłeczkę innym dzieciom, uczynił swoimi pomocnikami i to oni zamiast niego rzucali piłki do kolejnych osób, a pan tylko zadawał pytania i prowadził rozmowę z konkretnym dzieckiem. Da się? Da się.

5. Aktywizacja nieśmiałych.

No właśnie, co z takimi wynalazkami, jak moja córka i jej dziki kolega? Przez kilka minut Kasia odwracała się od pana tyłkiem, jak tylko próbował ją zagadać. Ale on się nie zrażał. Postanowił jej zbytnio nie nękać, od czasu do czasu tylko pomachał jej łapką, a jego sposób na zwrócenie na siebie uwagi polegał na tym, że w kółeczku ciągle działo się coś nieprzewidzianego. A to Hipcio spadał z kostki, na której siedział, a to coś wypadło mu z ręki, a to kostka poturlała się za mocno. Robiło się zamieszanie, śmiech i moja córka w końcu stała obok mnie z otwartą buzią i gapiła się na cały ten cyrk (w każdej chwili jednak gotowa do ucieczki). Na pytanie, czy chce policzyć kropeczki, kiwnęła głową, że nie (czyli zareagowała!!!) Jest nadzieja.

6. Chcesz się nauczyć języka – poskacz i pobiegaj!

Ruch, ruch, ruch! Dzieciom trudno usiedzieć na miejscu nawet podczas „lekcji” angielskiego. Dlatego zajęcia nie mogą się odbywać na zasadzie „pytanie – odpowiedź” i ewentualnie wskazanie na obrazek. Na naszych zajęciach dzieci bawiły się pomocami dydaktycznymi, pokazywały, łapały, rzucały i turlały się po podłodze (to ostatnie bez związku z tematem zajęć). Nauczyciel świadomy dziecięcej natury zawsze będzie zachęcał do wygłupów i zabaw w kontekście zaplanowanego tematu. Po pierwsze dlatego, że trzylatek nie wysiedzi spokojnie nawet trzydziestu minut, po drugie, słowa i całe zwroty łatwiej dziecku zapamiętać, gdy kojarzą się z jakąś zabawą i czynnością samodzielnie wykonywaną. Pytań o odpowiedzi oczywiście również nie brakowało, żeby było jasne.

7. Efekty: jakie i kiedy?

To jest chyba największy ból i rodziców i nauczycieli w przedszkolach. Rodzice oczekują efektów (w końcu płacą niemałe często pieniądze) w postaci pierwszych i następnych słówek wypowiadanych przez dziecko. A tymczasem trzylatek milczy jak zaklęty przez pół roku i nawet nie potrafi powiedzieć, co było tematem zajęć, albo powie co najwyżej, że oglądali obrazki. Noż chociaż jedno słówko po angielsku, to mogłoby powiedzieć chyba?! I zazwyczaj są pretensje, że nauczyciel nie umie uczyć dzieci, że nie potrafi dotrzeć, że to, że tamto, przecież dziecko jest bystre i chętne do nauk wszelkich. Zaręczam jednak, że większość nauczycieli wie, jak pracować z dziećmi. Dlaczego rodzic nie widzi efektów? A dlatego na przykład:

– język obcy w przedszkolu to zazwyczaj pół godziny / godzina tygodniowo. Ile „materiału” można „przerobić” w tym czasie? Dzieci uczą się niezwykle szybko, szczególnie, gdy nauka sprawia im frajdę, ale nie można im narzucić jakiegoś niemożliwego do ogarnięcia tempa.

efekty są zawsze, dla rodzica często niewidoczne. Efektem jest to, że dziecko rozumie, co się do niego w obcym języku mówi. Rozumie, bo się nauczyło. Bo zapamiętało z zajęć. A czemu nie mówi? Nie mówi, bo są dzieci, które potrzebują czasu, żeby się otworzyć, nawet przed mamą. Nie mówi, bo rozwój mowy jest sprawą indywidualną. To dotyczy szczególnie najmłodszych, znam kilka trzylatków mówiących tylko pojedyncze słowa lub krótkie zdania. Jeszcze się „nie rozkręciły” i trzeba być cierpliwym. Angielski to nowe akcenty, nowe głoski, a więc mnóstwo nowości dla aparatu mowy. Dajmy dziecku czas. Zarówno w przypadku nauki języków obcych, jak i podczas naturalnego nabywania mowy ojczystej, dziecko potrafi prawie nic nie mówić (przy czym często jest niesprawiedliwie posądzane o opóźnienia), aby nagle w ciągu kilku tygodni dogonić swoich wszystko mówiących rówieśników. Dzieciom potrafi się tak zbierać i zbierać.

efektem jest też to, że dziecku podobały się zajęcia z kimś mówiącym „inaczej”. Że chętnie weźmie udział w kolejnych zajęciach. Tak, tak, to też jest ważne. Płacimy również za pozytywne nastawienie do nauki języka. Kto z was nie lubił w szkole niemieckiego, ręka w górę! Jakie były wasze postępy w nauce? W większości przypadków takie sobie zapewne, nawet jeśli nauczyciel był sympatyczny. Ja w ten sposób zaprzepaściłam swoją szansę na nauczenie się rosyjskiego, ówczesnego komunistycznego „języka wroga”. Wszyscy do rosyjskiego podchodziliśmy z lekceważeniem. Niemieckiego się nauczyłam, bo chciałam pojechać do Niemiec na wakacje. Niby też „język wroga”, ale wizja wakacji była mocno motywująca.

– a może trzeba inaczej zapytać? Osobiście jestem przeciwnikiem „przepytywania” dziecka i rozliczania z postępów. To zawsze wywołuje podświadomy opór, bo dziecko czuje presję, że powinno coś umieć. Nikt tego nie lubi. A dziecko, jak to dziecko, jak mu coś nie pasuje, to strzela focha, zamyka się i ogłasza bunt. „Nie powiem. Chociaż wiem”. Rodzicom trudno się przed takim przepytywaniem powstrzymać, bo wiadomo, chciałby wiedzieć, co dziecku zajęcia językowe dają i czy nauczyciel potrafi pracować z dziećmi. Można się czegoś dowiedzieć nie przepytując dziecka, zadając pytania inaczej, mniej bezpośrednio. Posłużę się własnym przykładem. Moja córka początek zajęć przesiedziała u mnie na kolanach odwracając głowę od nauczyciela, gdy tylko ten coś do niej powiedział. Nie odpowiedziała na żadne pytanie, co więcej, na początku nawet nie patrzyła co się dzieje, później tylko jednym okiem. (Gdybym wiedziała, że tak będzie, to nie wiem, czy wzięłabym udział w tych zajęciach, ale były dedykowane również dla rodziców, więc chciałam dać się poznać jako mama zainteresowana swoim dzieckiem.) Pod koniec zajęć jednak moja córka wpatrywała się już, jak urzeczona, wciąż jednak nie reagując na zaczepki. Mogłabym się spodziewać, że nic z tych zajęć nie skorzystała. Ale, ponieważ Milan nie daje się nie lubić, jak już wszyscy wyszli z sali, Kasia z własnej i nieprzymuszonej woli przybiła z nim piątkę. Gdy tylko wyszłyśmy z przedszkola, zaczęła go naśladować i wygłupiać się. Pogadałyśmy wtedy chwilkę taką niemco-angielszczyzną: Jak robi „dog”? Ona: „Łuf, łuf!” Co ma „dice?” Ona: „Kropeczki.” Piąteczki przybiłyśmy też po angielsku „high five”. I co, nauczyła się? Nauczyła się. Tym bardziej, że język nie jest jej całkiem obcy, miałyśmy już pierwsze podejścia ( TUTAJ i TUTAJ).

angielski w przedszkolu

Angielski w przedszkolu, i co dalej?

Uważam, że rodzic powinien kontynuować naukę angielskiego w domu, o ile ma taką możliwość. Nie oszukujmy się, większość z nas zna angielski na tyle, żeby pomóc kilkuletniemu dziecku utrwalić tych kilka prostych słówek i zwrotów z zajęć. W naszym przedszkolu na tablicy wisi informacja, czego dzieci uczą się w poszczególnym tygodniu. Jakich piosenek, wierszyków, itd. Wiem również, czego dzieci uczą się na angielskim. Zawsze, zawsze znajdę kilka minut dziennie na jakąś zabawę z własną córką, zabawę, która nawiąże do „lekcji”, zabawę, dzięki której przemycę też coś od siebie. To dodatkowy czas na naukę, ale też czas bliskości z własnym dzieckiem. Od pierwszych zajęć w przedszkolu minęło kilka dni, od tego czasu codziennie w różnych sytuacjach przypominamy sobie słówka z zajęć. Na szybko, spontanicznie, na luzie. Zabieganym rodzicom polecam nawet krótkie rozmowy z maluchem w drodze z przedszkola, podczas zakupów, przed snem. To zawsze coś. Naprawdę, nie trzeba wiele.

Trzy lata to za wcześnie na naukę języka. Czy aby na pewno?

Hasła: „dziecko za małe na naukę”, „nic nie zapamięta”, „nie skupi się”, „ma jeszcze czas” należy zakopać i zapomnieć. Nigdy nie jest za wcześnie na naukę języka! To kwestia tylko i wyłącznie odpowiednich do wieku metod i podejścia do dziecka. Moje prawie trzyletnie dziecko uczy się niemieckiego od niemowlęctwa (nawet o tym nie wiedząc) i mówi nie gorzej, niż jego niemieccy rówieśnicy. Języki obce to nie kurs prawa jazdy, nie trzeba czekać, aż ktoś do tego dorośnie.

Nasze przedszkole jest pod względem językowym wyjątkowe, bo języka angielskiego dzieci uczą się codziennie podczas różnych czynności i zabaw. Jest im przemycany w naturalny sposób. Raz w tygodniu są dodatkowe zajęcia z nativem. Spytacie, czy nie za dużo tego wszystkiego dla dziecka? Na zajęcia z native speakerem zapisałam córkę ważnego powodu. Native speakerzy mówią naturalnie, z całym urokiem danego języka. To był dla mnie zawsze problem. Po ukończonych kursach ze świetnymi nauczycielami, zderzenie z rasowym Niemcem, mówiącym szybko i „niewyraźnie” było dla mnie trudne. Chciałabym, żeby córka miała kontakt z żywym językiem jak najwcześniej.

A czy nie będzie przemęczona? Nie sądzę, choć pewności mieć nie mogę. Córka swoje przedszkole wprost uwielbia. Cieszy się, że śpiewa, tańczy, rysuje. Jeśli tylko dostanę sygnał od niej, bądź od wychowawczyni, że jest zmęczona i czemuś niechętna, odpuszczę jej dodatkowe atrakcje. Dzieciństwo to nie konkurs, kto umie więcej. Dopóki córka ma frajdę, jest okej. A jak nie, to nie, nie będę jej zmuszać.

Podsumowując krótko, naszą drogę od dwujęzyczności do wielojęzyczności uważam za szczęśliwie rozpoczętą. Nauczyciel jest świetny, dziecko jest pozytywnie nastawione, a ja – matka jestem zdeterminowana, żeby angielski znalazł miejsce w naszej codzienności. Ta operacja nie może się nie udać.

 

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

7 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *