dwujęzyczność zamierzona
Dwujęzyczność w naszym domu

Bananen, poren i pomidoren – dziecięce pomysły na dogadanie się.

Dwujęzyczność jest przygodą. Co rusz się o tym przekonuję. Nie jest to tylko forma wczesnej edukacji, nie jest to tylko zabawa. To są również nieustanne zaskoczenia. Tak jak każdy rodzic, codziennie poznaję swoje dziecko na nowo, ono nieustannie się rozwija i efekty tego rozwoju świadomie, bądź nieświadomie prezentuje. Również w kwestii językowej.

Dzieci uczące się mówić, za wszelką cenę próbują się z otoczeniem dogadać. Niestety potrzeba dobrych kilku lat, żeby maluch w każdej sytuacji prawidłowo, poprawnie i zrozumiale powiedział, co mu leży na sercu. A dziecko na to: „Co? Kilku lat? A któż by tyle czekał! Teraz chcę powiedzieć! Teraz właśnie chcę poszantażować mamusię i wymusić kolejne ptasie mleczko!” W obliczu pilnej potrzeby dogadania się i jednoczesnych braków w słownictwie i składni, dziecko zmuszone jest to stosowania myków umożliwiających mu werbalne manipulowanie rodzicami.

U swojej córki (prawie 3 lata) naliczyłam cztery strategie, których z premedytacją używa próbując opisać wnętrze swej duszy.

Sposób 1 – Pokazywanie palcem.

Jak dziecko nie wie, co czym jest i jak to nazwać, po prostu wyciąga paluch i wskazuje. Z moją córką mam ten problem, że za tym pokazywaniem nie zawsze wiadomo co się kryje: czy chce, żeby coś podać, czy siedzi na czymś ćma (mucha, kot, pies, tata) i trzeba to przegonić, czy pokazuje, żeby w to miejsce królewnę łaskawie zanieść. Wskazywaniu paluszkiem nie zawsze towarzyszą słowa, a jedynie pomiałkiwanie, kwęk lub histeryczny płacz.

Sposób 2 – Pokazywanie palcem połączone z mówieniem.

Metody pierwszej wersja premium. „Ich will das!”, „Gib mir das!“. Ma tutaj miejsce wyraźne wskazanie tego, co mam jej dać, a czego nie potrafi nazwać, a chce pożreć, albo później wypluć.

Sposób 3 – Stosowanie słów zastępczych.

To już lepsza metoda z punktu widzenia odbiorcy. Dziecko szuka słów, którymi może zastąpić te, których nie zna lub które są niezrozumiałe dla otoczenia. Kasię w żłobku kiedyś pani przez nieuwagę przyblokowała swoim ciałem w drzwiach i młoda nie mogła się przebić na salę zabaw. Dziecina moja bidulka próbowała interweniować w swojej sprawie i mówiła ”chcę wyjść”, ale ponieważ coś tylko cichutko mamrotała pod nosem, pani nie wiedziała o co jej chodzi i dopytywała: „myć”, „pić”? Wreszcie Kasia powiedziała: „chcę biegać” i pani w końcu się domyśliła, że trzeba dziecko przepuścić w drzwiach.

Sposób 4 – Cwaniactwo i determinacja.

Podczas prób porozumienia, moja córka ma dodatkowy zgryz. Musi dogadać się i po polsku i po niemiecku. To dużo więcej słów do zapamiętania. Myślicie zapewne, że gdy dziecku brakuje słowa w języku niemieckim, bo nie zna, albo się zapomniało, używa jego polskiego odpowiednika. Gdzie tam! Nigdy tak się nie zdarzyło, choć ją do tego zachęcałam. Nie udaję native speakera, ani nie udaję, że nie rozumiem po polsku. Nasza nauka niemieckiego nie ma być tresurą i stresem dla córki. Ale ona jest ambitna i konsekwentna. Po mamusi. Strategia „na tłumacza” jest dla mięczaków. Córka za wszelką cenę próbuje się ze mną dogadać po niemiecku. W tym celu uruchamia wszelkie językowe mechanizmy i całą wiedzę o regułach języka, wynikiem czego są sytuacje typu:

– Co Gesslerowa dodała do zupki?
– Pomidoren!

Kurtyna.

Nie usłyszała tego ode mnie. Nie usłyszała tego nigdzie. Wymyśliła. Zaznaczam, że słowo „pomidoren” zostało wypowiedziane z przepięknym niemieckim gardłowym „R”, a rozmowa, jak wszystkie nasze zresztą odbywała się po niemiecku.
Takich kwiatków jest w naszej codzienności więcej, mamy więc „okularen”, „ogórken”, „tablicen” i „es kapt”, czyli „kapie”. Moje ulubione słowo to „cymbałen”.

Na tym się jednak nie kończy. Ja, czyli mama i jednocześnie nauczycielka własnej córki, oczywiście spieszę z pomocą i gdy już opanuję swój wybuch niekontrolowanego śmiechu, podpowiadam właściwe słowo. Nie zostaje ono jednak do końca zaakceptowane. A przynajmniej nie zawsze. Dziecko dyskutuje. Dziecko jest ekspertem w kwestii własnej głowy. „Aber die Tomaten heißen pomidoren!”- naciska i koniecznie chce mnie przekonać do swojego obłędu. Trudno mi to niestety zgrabnie przetłumaczyć. „Ale pomidory nazywają się pomidory.” Czy jakoś tak. Córa urośnie, to wyjaśni.

dwujęzyczność zamierzona

To takie oczywiście śmichy chichy. Nauka na wesoło. Ale w tym szaleństwie jest metoda. Metoda świadomego posługiwania się regułami gramatycznymi języka. Trzyletnie dziecko potrafi słowo „wymyśleć” na własne potrzeby, bo wie, jak ono mogłoby (lub powinno) brzmieć. Wybiera najbardziej prawdopodobny wariant, bazując na swojej wiedzy o języku. Dzieci dwujęzyczne mają do tego dodatkowe narzędzie: drugi język, z którego mogą korzystać i czerpać. Skoro są „Bananen”, to czemu miałoby nie być „Pomidoren”? Toż to oczywistość! Dorosłym najczęściej brak tej odwagi i jak nie znają odpowiedniego słowa, to się zazwyczaj blokują. Wyjątkiem są babki w trepkach siedzące na przystankach. Te zawsze wiedzą, co komu powiedzieć.

Takie radosne słowotwórstwo jest uroczym elementem „code switching”, czyli przełączania między językami. Artykuł na ten temat wyprodukowałam już jakiś czas temu, oczywiście zapraszam do lektury. A najbardziej już to zachęcam rodziców do nauki własnych dzieci. Angielskiego, niemieckiego, co tam znacie. Nie czekajcie, aż dziecko pójdzie do szkoły, czy przedszkola. Zacznijcie już teraz!

A na podobne historie od was czekam w komentarzach. Cóż pięknego wymyśliły wasze pociechy? Piszcie!

 

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

10 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *