Na luzie

Nienawidzę gotować, a w domu wszyscy głodni. I wtedy z pomocą przychodzą weki!

Problem wielu mam: nie mają czasu, nienawidzą gotowania, a zjeść trzeba. Głodny ojciec, głodna matka, dzieci nigdy nie głodne. Te żyją samą chęcią życia. Ale nawet takie dzieci trzeba próbować karmić, choćby po to, żeby mieć podkładkę dla opieki społecznej, że się próbowało. Przy wyjątkowo chudych dzieciach, które na podwórku zwracają na siebie uwagę swoją chudością (taka była do niedawna moja córka), warto robić też dokumentację fotograficzną z prób dostarczenia pokarmu do dziecięcej buzi.

Ale jak tu gotować, jak kuchnia odstrasza, gary złowrogo wyglądają z szafek, a mąż mdleje z wycieńczenia? Możliwości pozyskania posiłku jest kilka:

  • Catering (na stałe może być drogo)
  • Mamusia (zależy czyja, czy twoja, czy jego)
  • Gotowce z marketu (nie idźcie tą drogą)
  • Dania jednogarnkowe (ileż można)
  • Zapasy samodzielnie zrobione (tak!)

Ten ostatni sposób stał się moim przepisem na życie. Są dla mnie wprawdzie gorsze rzeczy w życiu, niż gotowanie, nawet lubię pomieszać w garach, gdy tylko mam czas i gdy dziecko nie dziamdzia mi za uchem, bo chce, żeby mu akurat teraz narysować kwadracik długopisem na nodze. Ale zdarza się, że zwyczajnie nie mam czasu na gotowanie, a jeść się chce. Doświadczenia urlopów na chorwackich kempingach zrobiły ze mnie mistrzynię robienia przepysznych zapasów (o naszym życiu na kempingach do poczytania TUTAJ). Nie mam tu na myśli mrożenia zupek, mięsa, ani pierogów. Chcę napisać o słoikach z mięskiem. Ich tajemnicza nazwa to weki.

Weki to rewelacyjny, szybki i pyszny sposób na szybki obiad. Jedno krótkie popołudnie przygotowań, a obiadów mam od razu kilkanaście porcji do zjedzenia w ciągu kilku tygodni. W sieci przepisów jest wiele, wszystkie do siebie podobne. Ja robię to tak:

  • Kupuję mięso, dużą ilość. Wołowinkę, wieprzowinkę, co tam mi się do mnie w sklepie uśmiecha. Doświadczenie wam pokaże, ile mięsa wam potrzeba i na jak długo wystarcza. Zacznijcie od dwóch kilogramów, a później sami zobaczycie co dalej.
  • Mięso kroję w kostkę i obsmażam na gęsim smalcu. Można też na oleju, ale smalec daje lepszy smak i aromat. Obsmażając, lekko przyprawiam ulubioną przyprawą.
  • W międzyczasie robię bulion mięsno – warzywny. Cały gar.
  • Jak już mięsko mam obsmażone, bulionik gotowy, wkładam mięsko do słoików razem z wytopionym w czasie smażenia wywarem. Słoiki czyściutkie, wyparzone, zakrętki zawsze kupuję nowe. Mięsa wkładam nie pod korek, 2-3 cm co najmniej poniżej zakrętki musi być. Zalewam bulionem. Nie musi być zalane całe mięso dokładnie, ale też nie ma co żałować bulionu. Czasem wrzucam liść laurowy, czasem świeże zioło. Jak mi się tam chce.
  • Zakręcam słoiki i przygotowuję ogromny gar z wodą. Słoiki gotują się w tym garze trzy razy. Pierwszy raz gotuję przez godzinę. Wyciągam z gara i zostawiam na minimum 24 godziny. Po tym czasie kolejna runda gotowania, teraz krócej, pół godziny. I znowu 24 godziny przerwy. Za trzecim razem też pół godziny gotowania. Wyjmuję słoiki, wtedy podchodzi mój stary, dokręca je z siłą Pudziana i stawia do góry dnem, żeby się ostatecznie zassały. Tyle.
Mięsko, ziemniaczek, ogóreczek od mamusi. Na kempingu ziemniaczka zastępujemy puree, makaronem, abo kaszą. Wtedy jest jeszcze mniej roboty.

Mięsko takie może stać kilka tygodni w szafce. Woziliśmy takie zapasy w Chorwackie upały, przetrwały i to. Po otworzeniu słoika, wlewamy całość do garczka i robimy, co lubimy. Doprawiamy na gotowo, zagęszczamy, dodajemy śmietany, przecieru pomidorowego, zioła itd. Do tego ziemniaczek, kasza, makaron. Można tak przyrządzać i mielone i pulpeciki i podudzia kurczaczka, a nie tylko gulaszopodobne dania.

Pamiętać należy tylko o kilku zasadach:

  • Mięsko jest uniwersalną bazą do obiadu. Nie robimy słoików na gotowo z sosem, nie dodajemy śmietany, mąki, ani cebuli do słoika. To uaktywnia bakterie, dzięki którym słoiki nam wybuchną zanim zdążymy je otworzyć. Wszelkie bajery dodajemy dopiero po otwarciu słoika, gdy przygotowujemy obiad.
  • Odstęp między kolejnymi gotowaniami jest bardzo ważny. 24 godziny gwarantują nam, że jeśli w mięsie były jeszcze jakieś przetrwalniki bakterii, to teraz jest ten moment, żeby je kolejnym gotowaniem zabić. Nie próbujmy zaliczyć wszystkich trzech etapów gotowania w jeden dzień.
  • Jeśli wywar w słoiku zmętnieje, pojawi się piana, całość wygląda i pachnie na zepsutą, to całość jest zepsuta. Zdarza się. Dać teściowej. Prawidłowo przechowane mięsko pachnie cudownie, smakowicie i troszkę konserwowo.

Słoiki można też piec w piekarniku w temperaturze wrzenia wody (czyli ile, drogie panie?), jeśli ktoś nie ma odpowiednio dużego gara.
Wszystko wydaję się trochę skomplikowane tylko na początku, dlatego proponuję zrobić jedną małą partię na odwagę. Pięć słoików na rozruch. Tak naprawdę, jak się człowiek wciągnie, całość zajmuje naprawdę niewiele czasu. A w chwili nagłego głodu, wyciągasz mięsko, które po zawekowaniu robi się super ekstra mięciutkie i szamasz. Tak się pozyskuje obiad prawie bez gotowania.

Dla mnie takie słoiki to wybawienie na kempingu, kiedy mam ochotę wypocząć na urlopie, a nie stać w garach, oraz bezcenna sprawa po pracy, kiedy chce się coś na szybko przyrządzić, a z poprzedniego obiadu nie ma już kurczaczków, bo mąż zeżarł w nocy po drodze do toalety. Przetestowałam na sobie, na mężu, na dziecku, polecam wszystkim wrogom kuchennych fartuchów.

Tak, tak, to też obiad z domowego słoiczka.

Jeśli ten wpis sprawił, że teraz myślisz tylko o tym, że jutro koniecznie musisz cokolwiek zawekować, to kliknij dzwoneczek, by być na bieżąco z nowymi postami.

Pozdrawiam!

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

12 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *