Nauka języków w teorii

Dwujęzyczność zamierzona: braki językowe rodziców i ich negatywne skutki dla dzieci.

Wpis ten powstał w odpowiedzi na kilka krytycznych głosów przy okazji opublikowanego przeze mnie wcześniejszego posta dotyczącego kompetencji językowych rodziców chcących wychowywać dwujęzyczne dziecko. W przypadku dwujęzyczności zamierzonej, która jest głównym tematem na tym blogu, obawy rodziców wydają się być uzasadnione. Każdy przecież chce dla dziecka jak najlepiej.

Przypomnijmy: o dwujęzyczności zamierzonej (nienatywnej) mówimy wtedy, gdy rodzice mieszkają w swoim ojczystym kraju, używają na co dzień języka ojczystego, ale w komunikacji ze swoimi dziećmi używają języka obcego (lub jeden z rodziców tak robi). Język obcy nie jest w tym wypadku dla żadnego z rodziców językiem ojczystym, jest językiem obcym, wyuczonym w szkole, na kursach, w pracy. Tak jest właśnie w moim przypadku. Jesteśmy z mężem Polakami mieszkającymi w Polsce, natomiast z moją córką od jej niemowlęctwa rozmawiam po niemiecku. Córka jest więc dwujęzyczna, świetnie radzi sobie z komunikacją w obu językach. Aktualnie ma niecałe 2,5 roku.
Wielu rodziców będących w mojej sytuacji i chcących wychowywać dziecko w dwujęzyczności, wyraża obawy, że ponieważ nie władają językiem obcym perfekcyjnie, dziecko będzie powielać ich językowe błędy. Ja zawsze w takich przypadkach radzę, żeby się nie bać, żeby mówić do dziecka w języku obcym. Nie łudźmy się jednak: chcąc mieć dwujęzyczne dziecko w domu, samemu trzeba znać język obcy w stopniu baaardzo dobrym. Trzeba posiadać umiejętność swobodnego wyrażania myśli i spontanicznego reagowania w obcym języku na przeróżne sytuacje. Poziom podstawowy lub średni niepewny to zdecydowanie za mało. Ale raczej niewielki odsetek rodziców włada językiem obcym w stopniu perfekcyjnym, takim, który sprawia, że rodowity Anglik, Niemiec, czy Węgier (tzw. native speaker) nie będzie w stanie w pewnym momencie zorientować się, iż ma do czynienia z obcokrajowcem. Nawet jeśli nasza znajomość obcego języka jest świetna, to nie sposób unikać pewnych błędów. Zawsze będziemy mieli do czynienia z brakami, chociażby w słownictwie. Mimo to ciągle namawiam: podążaj tą drogą, wychowuj swoje dziecko dwujęzycznie. Nie znasz języka perfekcyjnie? To się douczaj! Albo ucz się z dzieckiem! Samodoskonalenie to wielka wartość, o tym też już pisałam TUTAJ.

Moja postawa spotkała się z krytyką, może i dobrze, bo to dobry temat do dyskusji, a rodzice mają szansę poznać również argumenty osób nieprzychylnie do tej postawy nastawionych. Cytuję komentarz do poprzedniego posta:

„Myślę, że wprowadzenie dziecku drugiego bądź kolejnego języka obcego w młodym wieku jest dla niego korzystne z neurodydaktycznego punktu widzenia.
Nie zgadzam się natomiast z opinią dotyczącą błędów, którą Pani przedstawiła. Badania z zakresu akwizycji języka drugiego pokazują, iż znacznie trudniej jest oduczyć dziecko błędnego nawyku językowego niż nauczyć czegoś wtedy, kiedy dziecko nie ma zinternalizowanego owego złego nawyku (proces fosylizacji).
Podsumowując, myślę, że kompetencja językowa rodzica, który pragnie wprowadzić drugi język jest kwestią nadrzędną i w sytuacji, gdy nie jesteśmy pewni swoich kompetencji lepiej jest zrezygnować z tego pomysłu, by nie przyniósł on maluchowi więcej szkody niż pożytku.”

Mam przeczucie graniczące z pewnością, że ten komentarz miał mnie trochę zbić z tropu takim encyklopedycznym ujmowaniem istoty rzeczy. Ale jak to mówią: przyuważ, z kim fruwasz. Tak się przypadkowo składa, że nie jestem jakąś tam kiepską blogerką – absolwentką blogistyki wydumanej. Nie jestem mamą znającą się jedynie na pieluchach, zupkach i ucieraniu dziecku nochala. Takich mam jest coraz mniej. Mam to szczęście być mamą wykształconą i niegłupią, która jak już pisze, to wie co pisze. To, że nie zamieszczam w moich wpisach bibliografii, świadczy jedynie o tym, że taką luźną formułę pisania bloga przyjęłam, a nie o tym, że wiedzę czerpię jedynie z własnej głowy. Kognitywistykę, lingwistykę stosowaną i niestosowaną, pedagogikę, glottodydaktykę, psychologię – to wszystko przerabiałam. Nie jestem w tych dziedzinach ekspertem, ale czego nie wiem, to się dowiem.
Postaram się moją postawę jakoś wybronić, pozwólcie, że przetłumaczę i objaśnię słowa powyższego komentarza rodzicom, którzy nie są lingwistami. No to goł.

Na początek pojęcia istotne w tej dyskusji:
akwizycja języka – to po prostu przyswajanie języka
fosylizacja języka – utrwalanie błędów językowych już na zawsze. Fosylizacja jest niezależna ani od zdolności ucznia, ani od jego motywacji i stanowi przedmiot wielu ciekawych badań.

Wynikałoby z tego, że istnieje możliwość nieodwracalnego utrwalenia błędów ucznia. Tak. Taka możliwość istnieje i jest zmorą wielu nauczycieli języków obcych. Ale problem ten nie dotyczy dwujęzyczności nienatywnej. Fosylizacja języka jest kluczową cechą tzw. interjęzyka. Interjęzyk to jakby „język pośredni” pomiędzy językiem ojczystym, a językiem docelowym. W praktyce może wyglądać on tak, że uczeń mówi w języku obcym, ale używa jeszcze pewnych reguł gramatycznych języka ojczystego. Interjęzyk tworzy się wówczas, gdy język obcy jest przyswajany PO nabyciu języka ojczystego w sztucznych warunkach klasowych (czyli np.w szkole).
W przypadku, dwujęzyczności zamierzonej, język ojczysty i język obcy przyswajane są przez dziecko JEDNOCZEŚNIE, w dodatku w czasie, gdy dziecko w ogóle uczy się mówić. Nie ma jeszcze utrwalonych żadnych struktur gramatycznych, uczy się ich dopiero. W tym przypadku oba języki, ojczysty i drugi traktuje się tak samo – jak ojczysty. Proces fosylizacji nie dotyczy języka ojczystego. Dziecko nabywa oba systemy językowe w sposób naturalny, w przyjaznym otoczeniu własnego domu, a nie w warunkach klasowych.
Druga sprawa: owo przerażające zjawisko fosylizacji u uczniów występuje POMIMO, że nauczyciel NIE POPEŁNIA BŁĘDÓW. Zakładam, że anglista lub germanista w odruchu sumienności przygotowują się do lekcji, mają wpływ na to, co się na lekcji dzieje, od nich przebieg lekcji zależy i trudno ich zaskoczyć nietypową sytuacją językową.

Moje dziecko oczywiście miesza oba języki, co może przypominać język pośredni, ale nim nie jest. Ono uczy się dopiero co, jak i kiedy można powiedzieć. Kalkuje struktury gramatyczne w obie strony. Podam przykład: Niemiec powiedziałby potocznie „bist du fertig mit Essen?” – „zjadłeś już?”, a dosłownie „jesteś gotowy z jedzeniem?”. Moje dziecko często pyta tatę, czy jest gotowy z jedzeniem. Czy młodej tak zostanie? Nie zostanie. W końcu skuma, zapamięta i zapyta czy tata zjadł, a nie, czy jest gotowy. Tak jak i to, że nie ma zwierzęcia o nawie „perz”. Jest „nie-to-perz”. Póki co, temat dla niej nie do ogarnięcia, pomimo tłumaczeń i stosowania gróźb karalnych. Ciągle pyta, co ten perz z bajki ma na głowie. Jakoś nie spędza mi to snu z powiek.

Kolejna dyskusja wywiązała się na jednej z polubionych przeze mnie stron na FB. Pani aktualnie mieszkająca w Szwecji, skomentowała mojego posta i zarzuciła mi, ze moje (wcale nie moje!) teorie są sprzeczne z badaniami psychologów (i językoznawców zapewne też).

Wrzucę tu trochę oryginalnej treści:

„Mieszkam w Szwecji i mam córkę (dziś ca. 14 lat). Mąż – Szwed. Córka wcześniak więc dużo było na początku rozmów o jej rozwoju i o tym co jak na nią wpłynie. M.in. z logopedą i psychologiem. Kiedy rozmawialiśmy o języku to odpowiedź była stanowcza: Każdy ma mówić w jezyku, który zna PERFEKT! Jeśli nie – dziecku zakodują się blełędy rodziców i będzie miało problem z pozbyciem się ich. Mam świetny przykład na dzieciach, ktrych polscy rodzice „uczyli” mówic po szwdzku nawet w domu mimo, że sami kaleczyli język. Te dzieci, mimo, ze miały szansę mówić perfekt po szwedzku – kaleczą dokładnie te słowa, które kaleczą ich rodzice. Mimo, że szwdzki to „ich” język rodzimy. Nie mają akcentów, cała reszta jest perfekt, ale pozostały właśnie błędy rodziców, których ciężko im się pozbyć często.
Dwu- i wiecej języczność jest super. Podwarunkiem, ze się samemu tymi językami włada bezbłędnie.”

Oraz:
„Mi ekspert powiedział, że mówienie do dziecka w języku, którego się nie zna perfekt niesie za sobą konsekwencje. To jest sprzeczne z tym, co Pani pisze. Wytłumaczyła mi to opierając się o psychologię. Ja, jako terapeuta, uważam jej tłumaczenie za zgodne z posiadaną przeze mnie wiedzą. Ale ekspertem nie jestem i dopuszczam, zmianę zdania, jeśli będzie udokumentowana na bazie merytorycznej wiedzy, a nie tego co ktoś jedynie UWAŻA.”

Pani ta dodała jeszcze, że woli się posłuchać szwedzkiego psychologa, a nie polskiej blogerki. Powiem tak. Podejście słuszne. Ja osobiście jestem wyznawcą nauki i rozumu. Moja ściana ugina się pod naporem książek popularnonaukowych z różnych dziedzin, przeczytanych, nieprzeczytanych i niedoczytanych. Nie wierzę wróżkom, księżom i politykom. Wierzę naukowcom. Ale jeśli słyszę coś, co jest sprzeczne z intuicją i zdrowym rozsądkiem, zapala mi się czerwona lampka. Jeśli lekarz moje ledwie przeziębione dziecko chce szpikować antybiotykami, to zmieniam lekarza, chociaż sama nie skończyłam medycyny. Jeśli psycholog, albo logopeda zabrania mi uczyć dziecko niemieckiego, bo nie jestem niemieckim native speakerem i mojemu dziecku mogę tylko zaszkodzić (!!!), to kręcę kółka na czole i wychodzę z gabinetu.

Kolejna ważna kwestia. Zarzuca mi się propagowanie postawy, która dzieciom nieodwracalnie szkodzi, głównie poprzez tę siejącą postrach fosylizację języka. Po pierwsze: temat ten nie istnieje w warunkach naturalnego przyswajania języka, co już wcześniej pisałam. Po drugie: nawet jeśli w pewnych (szkolnych) warunkach dziecko nauczy się mówić z błędami i tak mu zostanie, to co? Problem ten mają wszyscy zapewne nauczyciele. Dlaczego więc nikomu nie przyszło do głowy, by zdelegalizować lekcje języków obcych, skoro nauczyciele i nieświadomi niczego rodzice narażają dzieci na niebezpieczeństwo i jakieś szkody w strukturach mózgu? Pani ze Szwecji porównuje mi również systemy szkolnictwa: szwedzki i polski. Szwedzi przodują w znajomości języków obcych (więc szwedzcy lingwiści są dla niej autorytetem), Polska jest na drugim biegunie tej mapy. Zgadzam się. To są fakty. Więc co mi pani doradza? Nie wolno mi wychowywać dziecka dwujęzycznie, bo je krzywdzę, a nie wolno mi go oddać pod opiekę polskich nauczycieli, bo w szkole i tak się niemieckiego nie nauczy, albo mi się nie daj Boże sfosylizuje. Więc cóż ja – matka mam robić? Gdzie to dziecko ma się języków uczyć? W domu nie, w szkole nie. Do Szwecji na dwór królewski na nauki mam córkę wysłać?

Jeszcze o utrwalonych błędach: zastanawiam się, jakie szkody mogą te błędy językowe mojemu dziecku w przyszłości wyrządzić (o ile będzie robiło błędy). Ja popełniam błędy językowe, choć nieliczne. I co z tego? Mogę ten artykuł napisać bez problemu po niemiecku, mogę zupełnie swobodnie funkcjonować w niemieckojęzycznym kraju i wykonywać niemalże dowolny zawód, na który pozwalają mi inne, nie-językowe kompetencje. Czytam niemieckie książki w oryginale i rozumiem, co czytam. To samo, albo jeszcze więcej, będzie umiała moja córka. Gdzież są więc te spustoszenia? Naprawdę ze znajomości niemieckiego (nawet jeśli niedoskonałej) moja córka będzie mieć, cytuję: „więcej szkody niż pożytku?” Naprawdę???
Aż się prosi, żeby podać przykład takiej „szkody”. Jeśli czyta to absolwent germanistyki UMCS w Lublinie, to potwierdzi istnienie pewnego człowieka i jego ekscentryczny sposób bycia. Uznany w środowisku pracownik naukowy dr Wieńczysław Niemirowski (może już profesor) wychowywał swoje dzieci dwujęzycznie. Teraz to pewnie dorośli ludzie są, ale pamiętam dzieciaki, jak je czasem na konsultacje przyprowadzał. Mówił nam, studentom: „uczcie swoje dzieci niemieckiego od urodzenia, jak będą starsze, będą bardziej uparte i nie będą chciały się uczyć”. Ale ja nie o tym. Dr Niemirowski władał piękną niemczyzną, ale miał fatalny akcent. Fatalny! Jakby go ktoś słyszał, to by pomyślał, że sąsiad sieczkarnię w stodole uruchomił. Zęby bolały, jak się go słuchało. Pewnie sam siebie też słyszał i pewnie jego też zęby od tego bolały. Teorie lingwistyczne znał, domyślam się, na pamięć. I dzieci jego mówiły po niemiecku. Nic sobie ze swoich braków nie robił i dzięki temu dał dzieciom bilet do świata. A że facet nie był native speakerem, popełniał też inne błędy. Byłam jako studentka na konferencji, na której dr Niemirowski był tłumaczem. Tłumaczył, tłumaczył, aż się zaciął. Zapomniał jakiegoś słowa. Opuścił zdanie, które miał tłumaczyć, w międzyczasie tłumaczył dalszą część wypowiedzi, jednocześnie wertując w pośpiechu słownik. Gdy znalazł brakujące słowo (pamiętam: „Liquidität” – „płynność”, chodziło o płynność finansową), poprosił prelegenta, by na chwilę przestał mówić i wrócił do opuszczonej wypowiedzi. Czy on się jako NIEPERFEKCYJNIE ZNAJĄCY JĘZYK TŁUMACZ I NAUKOWIEC skompromitował? Nie! Wykazał się profesjonalizmem. Tak robią dobrzy tłumacze. Ten epizod pamiętam być może tylko ja, bo był wtedy zupełnie nieistotny. Nie było z tego żadnej afery. Kariera naukowa Niemirowskiego na tym też nie ucierpiała. Wniosek? Nieperfekcyjna znajomość języka obcego nie stanowi dla nikogo żadnej szkody!!! Lepiej nie uczyć dziecko, niż uczyć? Więcej szkody niż pożytku? Noż ludzie, błagam, zlitujcie się!

Będę kończyć, bo dla mnie to już po północy, a do pracy mam rano wstać. Podsumowuję mój trochę może emocjonalny wpis: nie zamierzam rezygnować z dwujęzyczności. Nie zamierzam pozbawiać mojej córki szansy, jaką jest stosunkowo łatwe w tym wieku przyswojenie języka niemieckiego. Nie zamierzam przestać wspierać, namawiać i motywować rodziców „nieperfekcyjnych” w kwestii bycia nauczycielami swoich dzieci. Uczymy w domu języków obcych, a nie operacji na otwartym sercu! Nikomu naprawdę nic nie grozi. Ja osobiście pękam z dumy, gdy moja córka mówi po niemiecku przez sen, albo rozmawia ze swoimi miśkami, albo jak sobie po niemiecku układa pioseneczki o dinozaurach. Największym sukcesem w moim życiu był epizod, gdy para Niemców na kempingu w Gąskach szukała samochodu z niemiecką rejestracją, bo ciągle gdzieś słyszeli „Niemców” w pobliżu i chcieli mieć towarzystwo ziomków na pogaduchy. Moja córka drąc gębę, że chce na plażę mewy płoszyć, zwabiła ich w końcu na naszą parcelę. Para z Berlina była mocno zaskoczona, że to my: mama i Kasia. Nie żadni Niemcy. Jeśli ktoś nie chce tego dla swojego dziecka, to jego sprawa. Mamy w końcu prawo wolności wyboru. Ja to prawo szanuję. Ale opisane przeze mnie sytuacje, to jest codzienność, rzeczywistość i praktyka. A co myślę o teoriach? Ufam im, ale wiem też, że są weryfikowalne. Do niedawna przecież psychologowie krzyczeli i ostrzegali, że dwujęzyczność opóźnia rozwój mowy u dzieci. I co teraz? Teraz się z tych mądrości z podkulonym ogonem wycofują. A ty, rodzicu, zrobisz jak uważasz.

 

Pisząc ten artykuł opierałam się na następujących źródłach:

Violetta Borecka: „Psycholingwisticzne przyczyny fosylizacji w nauce języka angielskiego.”
Dr. Hab. Krystyna Mihułka, prof. UR: „Naturalna komunikacja na lekcji języka obcego – stan rzeczywisty czy niedościgniony cel?”
Redakcja Dorota Sikora-Banasik: „Wczesnoszkolne nauczanie języków obcych. Zarys teorii i praktyki.”
Redakcja Anna Dąbrowska, Urszula Dobesz: „40 lat wrocławskiej glottodydaktyki polonistycznej: Teoria i praktyka.”

Podrzucam też linki do pokrewnych blogów (!!!), które mnie nieustannie inspirują. Ich autorki zapewne też chętnie usłyszą, że mają zaprzestać zbrodniczego procederu uczenia swoich dzieci obcych języków. Linkuję do odpowiednich tematycznie artykułów, pod wieloma z nich znajduje się bibliografia, więc nie są to bzdury nie poparte fachową literaturą. Ale to trzeba przeczytać ze zrozumieniem, a nie bez czytania fukać.

Bilikid

WPIS

WPIS

Mam to na końcu języka

WPIS

WPIS

Języki dzieciom

WPIS

WPIS

WPIS

WPIS

Jeśli ktoś zna przypadki zwichnięcia umysłu i złamania dziecięcego życiorysu poprzez to, że jakiś nieodpowiedzialny rodzic uczył swoje dzieci obcego języka, to poproszę o taki komentarz. Z mojej strony to już ostatni wpis w tym temacie, niech się taka dyskusja dzieje poza mną. Ja już wszystko powiedziałam. Jak ktoś chce drążyć dalej, niech sięgnie to literatury przedmiotu.

A teraz można mnie związać i wrzucić do rzeki.

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

16 komentarzy

  • Małgosia

    Jestem zatem ciekawa, do powinniśmy zrobić w przypadku, kiedy dziecko w domu ma kontakt z takimi formami jak poszłem, wyszłem, dźwi, czysta zamiast trzysta czy pińcet… można tak przytaczac długo, a to dopiero błędy w wymowie, gdzie tam do błędów skladniowych i innych. Czy w tej sytuacji powinniśmy przyjąć, że taki rodzic nie powinien się do dziecka odzywać, bo sam „nie ogarnia” perfekcyjnie? Podstawowym problemem z którego urodził się zarzut w Twoją stronę jest (moim zdaniem) brak zrozumienia definicji dwujezycznosci zamierzonej. Co ciekawe, jest kilka badań, które dowodzą, że możesz nauczyć dziecko języka, którego sam wlasciwie w ogole nie znasz! To już musi być Meisterstück, ale to pokazuje tylko jakie sami sobie stawiamy ograniczenia i jak bardzo jestesmy bojazliwi w tym dążeniu do perfekcji i, broń Boże, popełnianiu błędów.

    • MatkaGagatka

      Nie rozumiem zarzutów. Przeczytała pani post, czy tylko jego tytuł? Cały mój blog przecież to jedna wielka zachęta do wychowania w dwujęzyczności pomimo braków w znajomości języka, a w wielu artykułach przytaczam właśnie argumenty, o których pani pisze. Definicję dwujęzyczności rozumiem, badania o których pani pisze znam.

  • Kasia

    Od 5 lat dumam nad zamierzoną dwujęzycznością. Ale z jednej strony moje braki językowe, z drugiej brak czasu przy 3 dzieci a z trzeciej opór u 5 latka i denerwowanie się na nierozumienie o czym mówię. I temat leży… podziwiam i kibicuję wszystkim, którzy dają radę!

  • KasikCz

    Patrząc teraz jak mój 15-miesięczny synek z dnia na dzień rozumie coraz więcej po niemiecku żałuję, że zaniechałam 10 lat temu mówienia do pierwszego syna po niemiecku. Zaniechałam, ponieważ natknęłam się na badania, że dzieci dwujęzyczne mówią później.
    Ważną kwestią tutaj jest tez to, że dziecko chłonie język obcy nie tylko z rozmów z rodzicem. Ważne jest, żeby słuchał piosenki, audiobooki oraz oglądał bajki po niemiecku. A tam błędów już raczej nie popełniają. Nie jestem zwolennikiem oglądania telewizji, jednakże mój starszy syn bajki oraz filmy po angielsku może oglądać bez ograniczeń. I widzę, że rozumie coraz więcej.

  • teachyourbaby

    Świetny artykuł i mega przykłady. Niektórzy myślą, że wychowując dziecko w dwujęzyczności zamierzonej dążymy do wychowania nativa i krytykują. A przecież wcale tak nie jest. Ja wychowuję moją 3-letnią córeczkę już z 5 językami, co nie oznacza jakiegoś przerostu ambicji, czy obciążania dziecka. To po prostu wykorzystanie czasu kiedy dziecko nie musi się tych języków uczyć. Po prostu chłonie.

    • MatkaGagatka

      Właśnie tak według mnie należy do tego podchodzić. Niektórzy nie rozumieją tematu i myślą, że rodzice chcą wychować native speakera sami nie znając języka perfekcyjnie. Stąd zarzuty i wyrzuty. A tu tylko chodzi o to, by wykorzystać potencjał dziecięcego mózgu i otworzyć dziecku głowę na język. Zawsze będę zachęcać do dwujęzyczności, to przynosi korzyści i dzieciom i rodzicom.

  • Asia Smiger

    Myślę, że krytykowanie kogoś za podejmowanie decyzji dotyczącej wychowania dziecka, która ma na względzie przede wszystkim jego dobro (no bo przecież chcesz córce dać prezent w postaci drugiego języka) nie jest fajne. Nabywanie dwóch języków od narodzin jest niezwykle stymulujące dla maluchów i ma wiele zalet (m.in ułatwia naukę dalszych języków obcych itp.). Jednak zabrakło mi bardzo ważnego aspektu w tej dyskusji, a mianowicie więzi emocjonalnej pomiędzy rodzicem a dzieckiem, która wytwarza się właśnie poprzez komunikację. No bo co z tego, jeśli ktoś zna perfekcyjnie reguły gramatyki i słówka, ale nie jest w stanie w sposób szczery i spontaniczny wyrażać uczuć i emocji. Myślę, że w takiej sytuacji decyzja o mówieniu do dziecka w języku obcym tylko i wyłącznie, bo chcemy mu zapewnić lepszą przyszłość itd. może być szkodliwa. Ale jeśli ktoś czuje się w tym drugim języku „jak w domu” – to czemu nie? Ale język to w końcu coś więcej niż gramatyka. To kontekst kulturowy, myśli, uczucia, wspomnienia z dzieciństwa, ulubione bajki, piosenki, język naszych rodziców… Więc może warto, by te osoby, które jednak nie czują się na siłach, by wdrażać w domu dwujęzyczność zamierzoną przez 24h znalazły inny na to sposób – np. czas zabawy jako czas mówienia tylko w tym drugim języku albo dwujęzyczne przedszkole?

    • MatkaGagatka

      To bardzo celna uwaga. Bardzo. Myślę, że dotyczy to wszelkich relacji rodzice-dziecko. Dzieci, czegokolwiek są uczone, czy to języka, czy jazdy konnej, czy też tańca, powinny czuć w tym wszystkim miłość, zrozumienie i więź z rodzicami. Dlatego należy być czujnym i zwracać uwagę na to, czy dzieci czują się komfortowo w danej sytuacji. Uczenie jedynie „dla lepszej przyszłości” to często nie kończące się zajęcia pozalekcyjne, korepetycje i brak czasu na zabawę. A dziecko potrzebuje najbardziej ciepłego domu, wtedy poradzi sobie jako dorosły. Dziękuję za ten wartościowy komentarz.

  • Kasia Hartung

    Siedmioletnia córeczka mojej kuzynki naturalnie mówi po polsku i po słowacku (jej tata jest Slowakiem). Mieszkają w Bratysławie, a tam Ewcia chodzi do angielskiej szkoły. Dla mnie to jest niesamowite!

  • Po prostu MAMA

    Od początku w domu mówiliśmy po polsku (bez niuniania, ciuciusiania itp., bo tego niecierpię), po rosyjsku i angielsku. Teraz Syn chętniej ogląda bajki po rosyjsku i angielsku niż po polsku. Nie zauważa kiedy 2 słowa mówi po polsku, a 3 po rosyjsku w tym samym zdaniu.

  • Mariola

    Jak w pewnych kręgach wiadomo, dziecka póki co nie posiadam. Ale kiedy będę je mieć, na pewno będę próbowała uczyć je na co dzień posługiwać się językiem obcym. Skutecznie mnie do tego Justyna przekonałaś. Poza tym, też jestem zdania, że każdemu, nawet native speakerowi przydarzają się błędy językowe. Zawsze lepsza jest znajomość języka obcego, nawet przy uwzględnieniu,że dziecko będzie popełniać niewielkie błędy , niż tej znajomości brak.
    Pozdrawiam, Mariola

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *