Nauka języków w teorii

Dziecko dwujęzyczne w domu – co ja z tego mam dla siebie?

Korzyści dla dziecka płynące z jego dwujęzyczności są raczej oczywiste. Na ten temat internet rozpisuje się na tysiącach stron i podstron (tutaj dobry przykład). Chciałabym w tym wpisie zebrać do kupy wszystko to, co ja jako rodzic oraz zwykły człowiek zyskuję z faktu, że moja córka jest dwujęzyczna. Maluch ma na chwilę obecną wprawdzie niecałe 2,5 roku, ale już teraz jestem w stanie stwierdzić, że też osobiście coś na tym ugrałam.

A co? A na przykład to:

Wzbogacenie własnego zasobu słów w języku obcym.
Jako, że niemieckiego sama kiedyś musiałam się uczyć, nie znam go w stopniu doskonałym. Moja motywacja w rozwijaniu się na tym polu osłabła nieco wraz z otrzymaniem dyplomu ukończenia studiów. Postanowiłam wtedy już nigdy niczego się nie uczyć i dać głowie odpocząć, bo na przełomie wieków studia wymagały jeszcze wiedzy od studentów. Tak sobie trochę odpoczywałam od wysiłku umysłowego, później zaciągnęłam się do pracy i na nowo zaczęłam korzystać ze słowników i translatorów, aby nie wylecieć z roboty i móc wykazać się słownictwem branżowym.
Odkąd wprowadzam Kasię w świat niemieckojęzyczności moja motywacja do nauki wzrosła z dnia na dzień. Staram się przewidywać, co mi jeszcze może być potrzebne w jakiejś sytuacji, lub notuję rzeczy, o które byłam pytana, a nie bardzo wiedziałam. Oczywiście zakuwam w tajemnicy przed córą, aby nagle rozbłysnąć jak słońce po burzy i wyrzucić z siebie potok słów trudnych i wyrażeń arcytrudnych. Do szybkich działań z zaskoczenia mam w telefonie aplikację PONSa i odwróciwszy się plecami do dziecka wklepuję potrzebne mi słowo. Oficjalnie – dzwonię do babci, ale nie odbiera. Muszę podtrzymywać złudzenie, że „mama wie wszystko”, dopóki jest to jeszcze możliwe.

Dyscyplina i systematyczność.
Tego wymaga moja misja. Nie ma dnia, żebym nie robiła notatek z nowych słówek. Codziennie staram się czegoś nauczyć. Mam tu na myśli słownictwo trudniejsze i nie używane tak na co dzień, jak np. nazwy gatunkowe roślin, zwierząt, narzędzi itd. Nie odpuszczam sobie, przyda się nie tylko dziecku. Ubogacanie języka to korzyść również dla mnie. O rozszerzaniu słownictwa też niedawno zresztą pisałam, zapraszam do przeczytania, kto ma chwilkę czasu.

Oszczędność czasu i pieniędzy.
Tak to sobie wyobrażam. Ja musiałam pieszo dymać na niemiecki na drugi koniec miasta, do tej pory pamiętam, jak mi się nie chciało. Z racji odległości od świateł wielkiego miasta moja córka byłaby skazana na szofera i samochód, czyli na mnie i na mój samochód. Jak o tym myślę, już mi się nie chce nigdzie jechać. Może dzięki temu, że będzie znać niemiecki z domu, nie będę zmuszona do wydawania tak potrzebnych na inne rzeczy pieniędzy na kursy i korepetycje. Może się wprawdzie okazać, że Kasia zamarzy o nauce wszystkich innych znanych ludzkości języków, ale wtedy chyba zamieszkamy w suterenach jakiejś szkoły językowej.

Dodatkowy czynnik budowania więzi z dzieckiem.
Jest to dla mnie arcyważne. To, że póki co jedyną osobą, która z Kasią rozmawia po niemiecku jestem ja, sprawia mi ogromną radość i czyni moich własnych oczach kimś wyjątkowym. Niesamowicie fajnie jest patrzeć, jak taki maluch rozmawia sobie z tatą, albo z panią w żłobku i nagle odwraca się w moim kierunku, by przeskoczyć na inny język i o coś zapytać po niemiecku. Strasznie lubię to swoje dziecko obserwować i analizować jej krętą logikę myślenia i skojarzeń. Podam przykład, którym lubię się chwalić, bo pokazuje właśnie takie zakamarki dziecięcej logiki. Uczyłyśmy się kiedyś z Kasią literek, bo miała swego czasu literkową fazę. Uczyłyśmy się oczywiście po niemiecku: D wie Decke (D jak kocyk), J wie Justynka (użyłam swojego imienia), K wie Kasia, P wie Papa itd. Kiedyś właśnie Papa odpytywał ją z tej wiedzy i Kasia opisała mu literki tak: D jak kocyk, J jak mama, H jak dom. Ktoś niewtajemniczony pomyślałby, że dzieciak jest głupi jakiś i g… tam się zna, a matce się wydaje. A jednak się zna.

Korzyści dodatkowe, poboczne i nieprzewidziane.
Jedną z takich jest właśnie prowadzenie tego bloga i wszystko, co się z tym wiąże. Jako osoba nie mająca żadnej wiedzy z zakresu zakładania stron www, ani nawet nie zainteresowana tą tematyką, musiałam przebrnąć przez ogrom literatury wszelkiej, by stronę tego bloga uruchomić i jako tako doprowadzić do ładu. Mój blog ma zaledwie jakieś trzy miesiące i muszę przyznać, że przez te trzy miesiące stałam się innym, bogatszym człowiekiem. Bogatszym o wiedzę z zakresu działania WordPressa, SEO, zasad pisania postów. Czuję się niesamowicie dowartościowana mając świadomość drogi, przez jaką przebrnęłam i jak bardzo się rozwinęłam.
Drugą rzeczą dla mnie cenną jest kontakt z ludźmi będącymi w podobnej sytuacji, wychowującymi dzieci dwujęzycznie lub nie. Przyznaję, że do tej pory w zaciszu mojego umysłu hejtowałam sieci społecznościowe jako fabrykę lajków, followersów i kto wie czego jeszcze. Ale każdy, kto pisze, pragnie przecież zostać sławnym pisarzem, w związku z tym musiałam przeprosić się z Facebookiem, wypełznąć z moich bagien i nawiązać kontakt z ludźmi. Cóż się okazało, okazało się to, o czym dobrze wiecie: po odfiltrowaniu zapraszających mnie do grona znajomych różnorakich nieznanych nikomu dewiantów, frustratów i zboczeńców, na placu boju zostały grupy rodziców wspierających się, gaworzących sobie o dzieciakach i dzieciakowych problemach, wymieniających się linkami i podrzucających do poczytania własne blogi, w tym te dotyczące dwujęzyczności, z czego korzystam najwięcej. Są one dla mnie niesamowitą inspiracją merytoryczną i techniczną. Miło się to wszystko czyta i ogląda, bo niektórzy robią świetne zdjęcia do swoich wpisów, u mnie to paździerz, brak ostrości i kadru, surowizna, naturszczykostwo i spontan. Jak ktoś kiedyś wpisze w wyszukiwarkę „paździerz na blogu”, pewnie Google podsunie mu mój adres.

Duma i satysfakcja ze swoich osiągnięć.
Tak, ze swoich. To, że moje dziecko posługuje się dwoma językami, jest tylko i wyłącznie moją zasługą. Jest nagrodą za mój poświęcony czas, za zaangażowanie, za kombinowanie co i jak ją tu jeszcze poduczyć. Dowodzi skuteczności moich metod i determinacji, z jaką zabrałam się za temat. Jako matka, jako domowa nauczycielka oraz jako istota ludzka pękam z dumy i wyzbywam się wszelkich zahamowań, gdy nieświadoma prowadzonych na niej eksperymentów Katarzyna zagaduje mnie po niepolsku w miejscach publicznych. Mamy swój tajemny język, podobnie jak romskie rodziny w Biedronce. Czuję na sobie czasem spojrzenia świadków, a na mojej gębie pojawia się rogal. Zamiast się gapić niech biorą przykład.

Czy nadludzkie umiejętności mojej córki mogą stanowić dla mnie jakieś zagrożenie? Boję się jednej pułapki: jako pewna siebie i znająca języki dziewczyna, Kasia może kiedyś zdecydować się na studia w jakimś zagranicznym kraju. Jeśli okaże się niespecjalnie rozgarniętą studentką bez szans na stypendium, koszty całej tej imprezy poniosą rodzice. Czyli między innymi ja. Grozi mi więc widmo kilkusettysięcznego kredytu na emeryturze bez szans na jego spłacenie, o czym bank rzecz jasna nie może się dowiedzieć.

Zachęcam do podzielenia się refleksją i przykładem z własnego podwórka. Tymczasem do następnego!

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *