Świat dziecka

Pomóż dziecku pozbyć się zaparć – zastosuj makrogole.

Nasza córka w zasadzie nigdy nie była jakaś szczególnie trudna w obsłudze i nigdy nie mieliśmy z nią większych problemów. Oprócz jednego: miała straszne zaparcia. Pojawiły się w wieku kilku miesięcy, gdy mała jadła już w większości stałe pokarmy, a mleko było jedynie dodatkiem do diety. Początkowo myślałam, że to sprawa przejściowa, że organizm przywyknie do diety, że sobie poradzi. Otóż nie. Nie radził sobie wcale. Nikt sobie z tym nie radził. Kasia robiła kupy raz – dwa razy w tygodniu męcząc się przy tym bardzo. Pierwszym poważnym sygnałem, że coś jest nie tak był dzień, kiedy córka po długim czasie napinania się i stękania z trudem zrobiła kupę, przy czym (bez wdawania się w zbędne szczegóły) trzeba było z niej tę kupę dosłownie wycisnąć. Od tej pory nasze życie kręciło się wokół pieluchy naszej córki. Postanowiłam jej jakoś pomóc, poczytałam, popytałam i zaczęłam stosować znane ludzkości sposoby na zaparcia.

Nasza walka o zrobioną bez wysiłku kupę wyglądała tak:

Oręż numer 1: suszone śliwki i kilka kropel oliwy do posiłku na poślizg.
Pomagało tylko na początku, po czasie śliwki straciły swoją moc, a Kasia przestała je lubić. Nie sposób było jej tych śliwek wcisnąć, nawet nie próbowałam, skoro i tak nie działały. Wszelkie soki jabłkowe, marchewki, kaszki z błonnikiem okazały się równie bezskuteczne. Rezultat walki: 1:0 dla niezrobionej kupy.

Oręż numer 2: zupki, zupki, zupki.
To właśnie podczas wizyty szczepiennej doradził nam pediatra. Zupki bogate w warzywa i błonnik, podawane 2-3 razy dziennie miały dziecku pomóc. Nie pomogły. Kasia zupki bardzo lubi, zjada chętnie do tej pory, niestety nie okazały się one lekarstwem na nasz ból. Było tylko coraz gorzej.
Rezultat walki: 2:0 dla niezrobionej kupy.

Oręż numer 3: laktuloza.
Miała to być ultranowoczesna broń przeciw zaparciom. Początkowo wydawało mi się, że pomaga, ale tylko mi się wydawało. Żyłam tym złudzeniem kilka miesięcy, bo tak naprawdę dziecko męczyło się nadal. Może czasem tylko trochę mniej.
Rezultat walki: 3:0 dla niezrobionej kupy.

Oręż numer 4: wytoczyliśmy armaty, kupiliśmy czopki na przeczyszczenie.
Horror. Weź tu wciśnij dziecku czopek tak, żeby poczuło się szczęśliwe. Awykonalny manewr. Pomimo stosowania różnych trików, córka zawsze miała do nas o czopki pretensje. Nie dawała się przewijać, za każdym razem czując podstęp. Ja się jej osobiście nie dziwię. Podczas jednej z rozmów z moją mamą, wygadała mi się, że również wciskała mi czopki, tyle że czterdzieści lat temu dawano dzieciom czopki domowej roboty, pociski robione z mydła glicerynowego. Od czasu tej rozmowy nic już nie jest dla mnie takie, jakim było kiedyś. Ta wiedza boli. Jednym z pierwszych trudnych słów w słowniku mojej córki jest słowo „Zöpfchen”. Może nie zapamięta, skąd je zna. Wracając do tematu – czopki też nie pomagały.
Rezultat walki: 4:0 dla niezrobionej kupy.

Takie życie pełne zgryzoty prowadziliśmy przez wiele miesięcy. Nasze dziecko okazało się niezwykle twardym zawodnikiem, jego stolec też. Życie od kupy do kupy było koszmarem. Krąg przemiany materii zataczał się u nas tak: z trudem zrobiona kupa -> dwa dni spokoju -> dziecko niezadowolone ze wszystkiego, marudne, wściekłe -> dziecko pokłada się na stole, na wersalce, stęka, popłakuje, napina się -> z trudem zrobiona kupa.

W końcu doszliśmy do ściany. Pewnej niedzieli po kilku dniach nie robienia kupy, nasza córka przez kilka godzin próbowała ją zrobić. Kładła się na ławie, napinała się, spociła się przy tym okrutnie. Po kilku godzinach była wykończona. Położyła mi się na brzuchu i kazała sobie śpiewać. Tak poleżałyśmy sobie razem, a moje dziecko wyglądało jak chore. Do żłobka poszła ledwie żywa i blada, chociaż przespała spokojnie noc. Tam zrobiła jakąś niewielką kupę, z trudem rzecz jasna, jak to ona. Ja w pracy myślałam tylko o tym, co tu jeszcze można zrobić i w każdej wolnej chwili przeczesywałam internet szukając ratunku. Tak natrafiłam na informację o makrogolach.

Postanowiłam spróbować i kupić to cudo. W aptekach dostępne są różne specyfiki o tym składzie, ja akurat trafiłam na Dicopeg Junior. I dopiero TO okazało się skuteczne. Zaczęłam dodawać go Kasi do soków, sam proszek ma smak leciutko pomarańczowy. Po kilku dniach Kasia zrobiła swoją pierwszą od ponad roku cichociemną kupę. W domu w pewnym momencie zaczęło śmierdzieć, początkowo podejrzewaliśmy psa o niestosowne zachowanie, ale nieświeżość intensyfikowała się wyraźnie w pobliżu naszej córki. Pełni niedowierzania zajrzeliśmy do pieluchy, a oczom naszym ukazała się ONA – potajemnie, bez wysiłku zrobiona KUPA. Udało się! Od tej pory nasza córka robi kupy często, łatwo, bezwiednie, z lekkim wyrazem zamyślenia na twarzy. My odzyskaliśmy nasze życie, córka zdrowie.
Makrogole można stosować bez obaw, trzeba tylko robić kilkudniowe przerwy. W przepisie jest, żeby pić w dużych odstępach między posiłkami, ale my dajemy Kasi flachę z sokiem, który ona sobie w swoim tempie pije. Skutkiem ubocznym (wymienionym na ulotce) jest jedynie to, że na początku stosowania i po zrobieniu przerwy Kasia po porannym mleku lekko wymiotuje. Nawet nie czuje się źle, po prostu po jakiejś godzinie trochę ją zmuli, puści małego pawia na bluzkę i po sprawie. Bez ciągu dalszego. Jesteśmy w stanie z tym żyć. I wreszcie czujemy, że żyjemy. Próbowaliśmy ten Dicopeg odstawić, ale problem powracał, Kasia znowu musiała się z kupą męczyć. Musieliśmy więc na powrót dosypywać magicznego proszku do soków. Tak już chyba przynajmniej na jakiś czas pozostanie. Niedługo mała zacznie korzystać z nocnika, może wtedy coś się samoistnie polepszy. Na razie wspomagamy się Dicopegiem.

Jeśli ten wpis pomógł któremuś dziecku, to cieszę się bardzo. Kupa – ważna rzecz.

Pozdrawiam!

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

7 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *