Nauka języków w teorii

Starsze dzieci też mają swoje sposoby na naukę języków obcych. Mam tu dla was dwie ciekawe historie.

Nie tylko małe dzieci mają łatwość przyswajania sobie języków obcych. Poznajcie historie Mateusza i Kuby.

Mateusz
Będąc młodą nauczycielką (zawód ten porzuciłam niemalże od razu po starcie) dostałam pierwszą klasę liceum profilowanego. Klasa ogólnie bardzo słaba, dzieciaki do niej należące ledwie uzbierały punkty, by się w tym liceum znaleźć. Lekcje niemieckiego wyglądały tak, jak się należało tego spodziewać: brak ochoty do nauki czegokolwiek, hałas, ogólne lekceważenie wszystkiego. Niełatwo było. W tym gronie abnegatów wiedzy wszelakiej wyróżniał się Mateusz. Był słaby ze wszystkich przedmiotów z wyjątkiem niemieckiego. Ale ta znajomość języka była dość specyficzna: niczego nie potrafił prawidłowo napisać ani przeczytać (i nie robił postępów), natomiast nawet nieźle mówił. Z błędami i nie wszystko oczywiście potrafił powiedzieć, ale jakoś tak koślawo umiał się w języku niemieckim dogadać. Był to poziom raczej survivalowy, ale skuteczny. Czemu mnie to dziwiło: nigdy wcześniej nie uczył się niemieckiego, ani w szkole, ani na kursach. Twierdził, że telewizję ogląda i tak się nauczył. Nie mogłam z niego wyciągnąć żadnych szczegółów, bo był to chłopak zamknięty w sobie i małomówny. Problem był w tym, że nie dawał rady z realizacją programu nauczania. W skrócie: umiał powiedzieć to, co według programu było niepotrzebne, a nie umiał, albo bardzo słabo umiał to, co według kuratorium oświaty powinien umieć. No i miałam zgryza, bo dla szkoły dowodem na posiadanie wiedzy są dobrze napisane testy i klasówki. A te były katastrofalne. Postanowiłam oczywiście nie krzywdzić chłopaka i na koniec roku wyszedł cało z opresji. Mówił po niemiecku najlepiej ze wszystkich w klasie, chociaż nie na temat (nie umiał uczyć się z książek, nic nie wchodziło mu do głowy). Do drugiej klasy poszedł więc z nienajgorszą oceną z niemieckiego.
Miałam też okazję rozmawiać z jego mamą, która przybiegła do szkoły na rozmowy z wychowawczynią, bo Mateuszowi groził niedostateczny z kilku przedmiotów. Od niej dowiedziałam się, skąd Mateusz zna niemiecki. Od kilku lat siedział przed telewizorem oglądając niemieckie kreskówki z kablówki. Miał kilka swoich ulubionych i całe dnie spędzał wgapiając się w tv. Z biegiem czasu zaczął z kontekstu rozumieć, o czym rozmawiają bohaterowie tych bajek, a czasami nawet coś do nich mówił w języku niemieckim. Czasem też zapytany przez rodziców, potrafił im coś przetłumaczyć. Podobno, bo rodzice nie znali niemieckiego i nie mogli zweryfikować prawdziwości słów dziecka. Ale zakładali, że chłopak wie, co mówi.
Tyle Mateuszowi wystarczyło, by jako tako nauczyć się mówić. Poza kablówką nie miał kontaktu z żywym językiem. W szkole natomiast w ogóle nie miał chęci do nauki niemieckiego. Może dlatego, że nie miał warunków, bo bycie członkiem jego klasy zobowiązywało do nieuczenia się niczego. A może nie umiał uczyć się „klasycznie” szkolnym systemem. Nie wiem. Wiem natomiast, że szkoła potrafi zniechęcić do nauki. I do nauczania.

Kuba
Sytuacja tutaj jest dosyć typowa w kontekście przyswajania języka obcego. Syn mojego dobrego znajomego, w wieku około 10 lat zamieszkał na Islandii. Od razu trafił do islandzkiej szkoły z obowiązującym językiem islandzkim oczywiście. W jego klasie było około 20-30% dzieci obcokrajowców (podobnie wyglądają tam zresztą wszystkie klasy). Wydawałoby się, że aż kusi, aby te dzieciaki porozumiewały się ze sobą po angielsku, który to język jako tako wszystkie znają. Tak się jednak nie działo. Po okresie siedzenia z otwartą gębą i zadziwienia nad egzotycznym i niepokojącym jednocześnie brzmieniem języka islandzkiego, dzieciaki zaczynały wciągać się w mówienie po islandzku. Kolega mój pytał często syna, jak mu tam w tej szkole, jak sobie radzi z językiem, czy go tam nie tłuką i tak w ogóle. Kuba, zupełnie nie spięty, powtarzał tylko, że jest OK. Nie wydawał się być jakiś zestresowany swoją nową sytuacją. Trzeba było chodzić do szkoły – chodził. Trzeba było mówić w języku Wikingów – mówił. Islandzkie szkoły mają opinię dość luźno podchodzących do procesu nauczania. Ani uczniowie, ani nauczyciele nie czują się jakoś specjalnie przytłoczeni. Może właśnie ten luz sprawił, że Kuba dobrze się w szkole czuł i chętnie język przyswajał. Język, który umożliwiał mu zadomowienie się na dobre w środowisku i nawiązanie przyjaźni. Była tam wprawdzie jakaś pani od wf-u, która mówiła po polsku, ale niespecjalnie się jakoś z tą swoją znajomością polskiego przydawała. Kuba doskonale radził sobie bez niej. Po 1,5 roku pobytu na obczyźnie sam już był tłumaczem dla polskich dzieci, miał na koncie występy w szkolnym teatrzyku, opanował język na tyle dobrze, ze bez problemu porozumiewał się ze wszystkimi i brał aktywny udział w lekcjach, które mu pasowały. Jak się zapewne domyślacie, jego rodzice nie mają na koncie podobnych sukcesów. Głównie dlatego, że nie zostali wrzuceni w islandzkojęzyczne środowisko i mieli możliwość (a i sami woleli) porozumiewania się w pracy po angielsku. Zuch chłopak. Został prawdziwym Wikingiem. Oby tylko nie wyruszał na wyprawy łupieżcze.

 

 

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

3 komentarze

  • Po prostu MAMA

    W pierwszej opowieści przeraża segregacja w szkole. Stworzyli klasę „gorszych”- dla mnie to jakaś patologia. Słabszym brak wtedy motywacji do nauki, a najlepsi popadają w samozachwyt. Do tego cib którzy szkołę mają w „d” i utrudniają zdobycie wiedzy innym.

  • paraside

    Dziwi mnie w historii Mateusza tylko fakt, że skoro już te seriale oglądał w obcym języku to nie zaciekawił go bardziej? Nie miał ochoty nauczyć się pisać, czy czytać? Jeśli wynikało to tylko z presji klasy, że nikt się nie uczy to on też nie, to mamy poważny problem z naszą oświatą i zmierza to wszystko w jakimś bardzo złym kierunku.
    Bardzo chętnie przeczytam więcej historii oraz doświadczeń o nauce języka!

    • MatkaGagatka

      Liceum, w którym uczyłam był podział na lepsze i gorsze dzieci. Te z małą ilością punktów spędzono razem tworząc klasy „gorszego sortu”. Były tam dzieciaki mniej zdolne, albo z trudnościami, razem z młodocianymi bandytami, którzy uniemożliwiali prowadzenie lekcji. Mateusz bardzo chciał się uczyć, ale albo nie miał ochoty się narażać, albo lekcja polegała na ciągłym uciszaniu i uspokajaniu tłumu. Nawet, jak zorganizowałam dodatkowe lekcje po pracy i za darmo dla takich właśnie chętnych, ale słabych w ocenach dzieci, to dyrektorki zabroniły mi tych lekcji prowadzić z jakiejś zwykłej złośliwości. Takie patologie kazały mi szybko porzucić zawód i zatrudnić się gdziekolwiek indziej. Porażka systemu edukacji to mało powiedziane w tym przypadku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *