Na luzie

Kto ma pszczoły, ten ma miód. Oraz dużo więcej atrakcji. Cz. 1.

Jeśli jesteś pszczelarzem, nie czytaj tego wpisu. To historia o tym, jak nie hoduje się pszczół.

W rodzinie mojej, ani męża nie ma tradycji pszczelarskich. Pszczelarstwo nigdy nas jakoś specjalnie nie pociągało, ale kiedyś po jakiejś luźnej rozmowie ze znajomym, temat ten zaczął nam się po głowie kołatać. Zaczęłam przeczesywać internet w poszukiwaniu wiedzy, teoretycznej i praktycznej. Pszczelarstwo dzień po dniu coraz bardziej mnie wciągało, hodowla pszczół jest przecież zajęciem i praktycznym i szlachetnym. Dzięki tym uroczym owadom przecież przyroda zachowuje swoją równowagę, a i człek skorzysta racząc się zdrowym, słodziutkim miodkiem.

Postanowiłam więc założyć mikro – pasiekę w moim ogródku. Warunki do hodowli wydawały mi się idealne: mieszkamy w zasadzie pośród pól i łąk, w pobliżu lasy, wokół mało ludzi. Sąsiadów póki co mamy niewielu i żadnego bezpośrednio za płotem. Bajka. Słowa „pasieka” użyłam tu trochę na wyrost, bo ogródek mam mały, a pszczoły potrzebują jednak trochę miejsca. W grę wchodziły na początek dwa ule. Celem była sama satysfakcja z posiadania rodzin pszczelich i aktywnego uczestnictwa w ratowaniu świata. Miód miał być jedynie miłym dodatkiem do tej szlachetnej pracy i słodkim za nią wynagrodzeniem. Nie planowałam się z tej produkcji utrzymywać, raczej zakładałam, że będę dokładać do tego interesu. Mój mąż zgodził się być moim pomocnikiem i doradcą, też co nieco podczytywał na temat. Całą zimę gromadziłam materiały, przeglądałam Youtube, zaprenumerowałam „Pasiekę”. Zaopatrzyłam się w potrzebne sprzęty, kupiliśmy piękne, drewniane, stylowe, tworzące sielski klimat w ogrodzie ule, zadbaliśmy o odpowiednie stylizacje w postaci odzieży ochronnej. W osiatkowanych kapeluszach chodziliśmy czasem po domu podziwiając siebie nawzajem i nie mogąc doczekać się wiosny. Wiosną byliśmy gotowi do boju, oczytani i wyuczeni. Bardzo ubolewałam nad tym, że nie mam do pomocy na miejscu żadnego pszczelarza z doświadczeniem, bo jednak nic nie zastąpi fachowej rady praktyka.

Na szczęście Góry Świętokrzyskie obfitują w aktywnych pszczelarzy, stowarzyszonych i zrzeszonych w stowarzyszeniach i zrzeszeniach. Do jednej takiej organizacji po poradę się udałam. Było to Świętokrzyskie Stowarzyszenie Pszczelarzy mające zebrania mniej więcej raz w miesiącu w niedziele po kościele w budynku na działkach. Poszłam posłuchać i popytać. Panowie ubrani w garnitury z przewagą brązu i beżu nie bardzo rozumieli moją tam obecność. Dystans i nieufność do mnie można było kroić nożem, tyle tego w powietrzu wisiało. Panie były dwie, zajmowały się sprawami organizacyjnymi i sekretarskimi. Na twarzach malowało się kilkudziesięcioletnie doświadczenie życiowe. Zaczeski nic nie straciły na swej atrakcyjności. Na zebranie zaproszono prelegenta zza województwa, ale zanim prelegentowi dano dojść do głosu, pierwszeństwo zyskały sprawy wyjazdu na pielgrzymkę, oraz prowadzona przez lidera gorąca, pełna emocji dyskusja, której tematem był nie do zażegnania konflikt Świętokrzyskiego Stowarzyszenia Pszczelarzy ze Świętokrzyskim Związkiem Pszczelarzy. Jakąś straszną mają kosę ze sobą te dwa wielkie rody, żądza zemsty za zniewagi i uprowadzone dziewice ziała bowiem ze wszystkich oczodołów. Ja siadłam sobie przy parapecie i czekałam. Prelegent wygłosił w końcu swój wykład, ten młody, inteligentny człowiek musiał jednak zmagać się z materią mądrzejszych od siebie (bo starszych i kochających tradycję, Pana Jezusa i pszczoły) hodowców, którzy puszczając oko sugerowali wyraźnie, że zabronione w hodowli pszczół preparaty i tak każdy stosuje. „Nie wolno”. „No taa, ale wieee pan”. Skończyło się zebranie, zrobiło się zamieszanie. Przedarłam się do sekretariatu z pytaniem, czy jest ktoś, kto może mi doradzić, jak zacząć przygodę z pszczelarstwem, na co zwrócić uwagę i tak w ogóle, chciałam pogadać. Żaden z pasjonatów pszczelarstwa nie chciał jednak ze mną rozmawiać o swojej pasji w to niedzielne słoneczne popołudnie. Moje pytania odbijały się od ścian, i ja też odbijałam się od ścian, bo ciasno było strasznie i wszyscy się przepychali. Jak w ulu. Miałam takie niejasne wrażenie, że nie łapię z tym środowiskiem kontaktu. Już nigdy nie próbowałam go nawiązać. Innym też odradzam.

Nadeszło lato, pod koniec czerwca kupiliśmy dwa odkłady pszczele. Małe rodzinki, matka plus robotnice obsiadające cztery ramki. Takie podkłady można kupić przez internet, prawo dopuszcza wysyłanie pszczół pocztą lub kurierem. Można tak kupić jedną pszczołę (matkę), albo całą rodzinę pszczół. My kupiliśmy transportówki i przywieźliśmy nasze wyczekane pszczoły osobiście. Zdecydowałam się na popularną rasę Buckfast, są to nieduże spokojne pszczółki, wybaczające pszczelarzowi wiele błędów. Wiele, nie znaczy wszystkie, jak nam później pokazały. Przy przekładaniu odkładów do transportówek jedna z pszczół użądliła mnie w czoło, bo się zaplątała w kapelusz, gdy go przedwcześnie zdejmowałam. Kilkanaście minut po tym, w drodze do domu, zrobiło mi się niedobrze i zwymiotowałam na poboczu. Później czułam kołatanie serca, kręciło mi się w głowie i plątał mi się język, gdy próbowałam coś powiedzieć. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem uczulona na jad pszczół. Zanim dojechaliśmy do domu, poczułam się lepiej, a na czole pozostała śliwa. Zniknęła po kilku dniach, a po kolejnym użądleniu kilka tygodni później nie było nawet śladu. Organizm często przyzwyczaja się do tej toksyny i za każdym użądleniem reaguje łagodniej, albo wcale. Miałam trochę szczęścia jednak.

Pszczółki zadomowiły się w naszych ulach. Bzyczały, latały, cieszyły oko. Na miód nie było szans, bo taki odkład potrzebuje czasu, by dojść do odpowiedniej siły. Zakarmiliśmy rodziny na zimę, ociepliliśmy ule, podaliśmy lekarstwo przeciwko warrozie (okrutna choroba pszczół obecna niestety we wszystkich pasiekach). Pszczoły były więc dobrze przygotowane do zimowli. Zima niestety nie minęła nam spokojnie. W grudniu bowiem miał miejsce pszczołowy dramat. Zbieraliśmy się rankiem do pracy, mąż wyszedł jeszcze za dom przynieść kilka kłódek do kominka. Nagle wpadł do domu ledwie dysząc: ul się przewrócił! Noż ja p…! Fakt, w nocy strasznie, ale to strasznie wiało. Pomimo, że ule są w miejscu raczej zacisznym, wiatr zdołał przewrócić jeden z uli. W trawie leżały ramki z pszczołami, one same ledwie żywe trochę na ramkach, trochę chaotycznie na kupie. Ręce mi opadły. Bałam się podejść do tego bałaganu, bo rozdrażnione pszczoły potrafią być gorsze od szerszeni. Robert wykazał się odwagą i po prostu powkładał co się dało do ula. Ramki jako tako po kolei dały się ułożyć. Część pszczół nas obsiadła wściekła, jak nie wiem co, na szczęście obyło się bez zmasowanego ataku na twarze. Trochę nas z tego omiotłam, ale w drodze do pracy okazało się, że kilka egzemplarzy jedzie z nami w samochodzie. W biurze spod kurtki wyleciały jeszcze ze dwie pszczoły. Niestety trochę pszczół zmarła z zimna leżąc w trawie. Nie mieliśmy pewności aż do wiosny, czy udało się tę rodzinę uratować. Ale łobuzy przetrwały. Okazało się, że matka też przeżyła i wiosną pszczoły, chociaż osłabione, zaczęły organizować się do wylotów na łąki. Jeden taki wylot zapamiętam do końca życia. O tym jednak w drugiej części tej historii.

Please follow and like us:
FACEBOOK
FACEBOOK
Instagram

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *